To już jutro i pojutrze. Wybieram się w sobotę, ale bitwy chyba nie obejrzę, bo potem nie mam za bardzo jak wrócić do domu.

http://www.grod-grzybowo.icpnet.pl/index.htm

Cytat: W dniach 20 - 21 sierpnia 2005 r. zapraszamy na
VI Międzynarodowy Zjazd Wojowników Słowiańskich Grzybowo 2005.
Temat przewodni tegorocznej imprezy:
" W BITEWNYM ZGIEŁKU"

20 i 21 sierpnia w Grzybowie
Weekend z wojami "W bitewnym zgiełku"

Termin i miejsce:
Impreza odbędzie się na terenie grodziska w Grzybowie k. Wrześni (trasa na Witkowo) w dniach 20- 21 sierpień 2005 r.
Wstęp na imprezę - dorośli 2 zł, dzieci i młodzież do lat 16 bezpłatnie
Organizatorzy:
Towarzystwo Przyjaciół Grodu w Grzybowie
Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy

Współorganizatorzy:
Urząd Miasta i Gminy Września
Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego
Starostwo Powiatowe we Wrześni
Muzeum Regionalne im. Dzieci Wrzesińskich we Wrześni
Szczep ZHP "Wrzos" im. Dzieci Wrzesińskich z Wrześni
Stowarzyszenie Miłośników Kultury Średniowiecznej z Poznania.

Patronat honorowy:
Senator RP Elżbieta Streker - Dembińska

Przebieg imprezy:

20.08.2005 r. – sobota
12.00 – 12.30 rozpoczęcie imprezy, prezentacja drużyn,
12.30 – 14.00 zabawy plebejskie dla wojów i publiczności (dzieci i dorosłych);
pokaz i turniej średniowiecznych gier planszowych,
14.00 – 16.00 turniej drużyn wojów,
16.00 – 17.00 pokazy rzemiosł średniowiecznych (kowalstwo, rogownictwo,
tkactwo, hafciarstwo, złotnictwo – wyroby ze srebra i bursztynu, garncarstwo, przygotowanie i ważenie strawy średniowiecznej, zielarstwo itp.)
17.00 – 17.30 oficjalne rozpoczęcie imprezy, pamiątkowe zdjęcie uczestników,
17.30 – 20.00 wielka bitwa w obronie grodu w Grzybowie z udziałem kilkuset wojów i wielu rodzajów uzbrojenia,
20.00 – 20.45 pokazy rzemiosł średniowiecznych – ciąg dalszy,
20.45 – 21.00 koncert muzyki średniowiecznej,
21.00 zakończenie imprez dla publiczności

21.08.2005 r. – niedziela
12.00 – 13.00 turniej łuczniczy dla publiczności, zabawy plebejskie dla wojów i publiczności, historyczne gry planszowe,
13.00 – 14.00 prezentacje rzemiosła średniowiecznego
14.00 – 15.00 krąg walki o miecz Komesa Grodu Grzybowskiego,
16.00 – 16.15 prezentacja strojów i uzbrojenia wojowników,
16.15 – 17.00 bitwa w obronie grodu w Grzybowie,
17.00 – 17.30 wręczenie nagród za turnieje,
17.30 – 18.30 finał turnieju łuczniczego dla publiczności o nagrodę Komesa Grodu Grzybowskiego,
18.30 zakończenie imprez dla publiczności

Atrakcje dodatkowe:
W czasie trwania imprezy w dniach 20.08.2005 (sobota) i 21.08.2005 r. (niedziela) w godzinach od 12.00 do 18.00 w chacie na grodzisku czynna będzie wystawa zabytków z grodziska w Grzybowie przygotowana przez Muzeum Regionalne im. Dzieci Wrzesińskich we Wrześni.
W czasie trwania imprezy (w sobotę w godzinach 12.00 – 21.00 i w niedzielę
w godzinach 12.00 – 18.00) na terenie grodziska czynne będą stanowiska rzemiosła średniowiecznego. U rzemieślników do nabycia wyroby z ich warsztatów.

W dniu 20.08.2005 r. (sobota) w godzinach 13.00 - 19.00 - Rejonowy Urząd Poczty we Wrześni wystawi stoisko z datownikiem okolicznościowym oraz kartką korespondentką z okazji VI Międzynarodowego Zjazdu Wojowników Słowiańskich w Grzybowie

· 

A tak to się robi w malutkich sąsiednich Pobiedziskach

W Pobiedziskach stawiają na inwestycje
Jacek Łuczak2007-07-29, ostatnia aktualizacja 2007-07-29 18:36

Na inwestorów czeka tu ponad 200 ha gruntów. W Pobiedziskach powstanie nowy hotel i fabryka przetwórstwa pomidorów, terenami interesują się też inni znani przedsiębiorcy
Władze gminy liczą, że za kilka lat wpływy do jej budżetu będą o 30-40 proc. wyższe niż w tej chwili. Jedno tylko otwarte niedawno Centrum Magazynowe w Bugaju, rozłożone na zaledwie 5 hektarach powierzchni, docelowo będzie płaciło gminie 250 tys. zł rocznie. W tej chwili korzysta jeszcze z gwarantowanych inwestorom ulg. Nowe tereny inwestycyjne powinny w dużej mierze rozwiązać problem około 20-procentowego - obecnie - bezrobocia w Gnieźnie.

Ponad 200 ha uzbrojonych gruntów pod inwestycje leży tuż pod Pobiedziskami przy drodze krajowej nr 5 - w Kocanowie i w Pomarzanowicach. To dwa wielkie pola, na których mogą stanąć magazyny, hale, a nawet największe zakłady przemysłowe. - Myślę, że to będzie przyszłość gospodarcza Pobiedzisk. Niebawem ruszymy z kampanią promocyjną. Wkrótce dla tych terenów będą mogły być wydawane pozwolenia na budowę - zapowiada burmistrz Michał Podasada. Mimo że plan zagospodarowania przestrzennego czeka jeszcze na opublikowanie w biuletynie wojewody, to już gruntami zainteresowali się inwestorzy. Sporą ich część chce kupić produkująca materiały budowlane szkocka firma Proctor, która ma swoją siedzibę w Blairgowire (jest właścicielem II-ligowego klubu angielskiego). Niedawno firma otworzyła też przedstawicielstwo w Poznaniu i swój magazyn w Sadach.
Z Kąkolewa pod Grodziskiem Wlkp. do Pobiedzisk chce przenieść się znana kierowcom z programu w TVN Turbo Szkoła Auto Skoda.
Przywróci honor pomidorom
Duże nadzieje władze Pobiedzisk wiążą także z postacią Piotra Chomczyńskiego, światowej sławy polskiego biochemika, który mieszka i pracuje w USA. Na trzech hektarach na wysokości Skansenu Miniatur naukowiec wybuduje swój zakład, w którym będzie produkował przetwory z pomidorów. Technologia jest na razie tajemnicą. - Jest na etapie zgłoszenia do urzędów patentowych w USA i innych krajach, więc na szczegóły jeszcze za wcześnie - wyjaśnia Chomczyński. Wiadomo jednak, że polski biochemik chce przywrócić honor pomidorom, bo związki w nich zawarte - jak twierdzi - mają naukowo potwierdzone działanie antynowotworowe. Produkty naukowca nie będą modyfikowane genetycznie. Przetwory będą wytwarzane z pomidorów pochodzących z Wielkopolski. Mają mieć bardziej... owocowy smak, bo - jak uważa Chomczyński, przetwory obecnie znajdujące się na rynku mają zniechęcający smak warzywny.
Zatrudnienie w fabryce wartej 2 mln zł znajdzie docelowo ok. 40 osób w zawodach związanych głównie z biotechnologią. Budowa zakładu rozpocznie się jeszcze tej jesieni i potrwa około roku. To dopiero pierwszy etap, bo Chomczyński kupił trzy działki i na pozostałych zamierza wybudować także najnowocześniejsze w Polsce laboratorium biochemiczne.
Przypomnijmy, że Piotr Chomczyński to nie tylko naukowiec, ale zręczny biznesmen i kolekcjoner polskiego malarstwa, założyciel poznańskiej TV Biznes, którą niedawno sprzedał Polsatowi. - Profesor miał do wyboru trzy lokalizacje: u nas, koło Wrześni i w Lubuskiem. Jednak po wizycie u nas pozostałe dwie odwołał. Wiedzieliśmy, jaki ma dorobek, zrobiliśmy wszystko, by mieć takiego ambasadora gospodarczego. Już dzwonią do nas kolejni inwestorzy z poważnymi ofertami - cieszy się wiceburmistrz Pobiedzisk Ireneusz Antkowiak.

Hotel, hale sportowe i twarde dyski

To nie koniec nowych inwestycji w Pobiedziskach. Przy stadionie Huraganu nad jeziorem ma szansę powstać sześciopiętrowy hotel, w którym szkolić się będą studenci jednej ze szkół hotelarstwa i gastronomii. Kilka dni temu pisaliśmy również o projekcie wybudowania w Pobiedziskach Centrum Treningowo-Rehabilitacyjnego, które mogłoby służyć gościom Euro 2012, a później młodzieżowym reprezentacjom Polski oraz o budowie hali widowiskowo sportowej z widownią na 700 miejsc.
Natomiast już 1 sierpnia w Bugaju produkcję twardych dysków dla Toshiby i Sony rozpocznie chiński inwestor Acom Data. Maszyny z Hongkongu już są w drodze, do Polski mają dotrzeć pod koniec lipca.

Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań


Do przemyślenia ...

Piłkarski Śląsk ma strategicznego sponsora

Mariusz Wiśniewski 2008-03-03, ostatnia aktualizacja 2008-03-03 16:56

Prezydent Rafał Dutkiewicz podpisał w poniedziałekj umowę ze Zbigniewem Drzymałą, właścicielem I-ligowego klubu piłkarskiego z Groclin Grodzisk Wlkp. Za trzy miesiące kluby mają się połączyć i Śląsk znów zagra w ekstraklasie

Pozyskanie przez Śląsk jako strategicznego inwestora Drzymały postulowaliśmy jeszcze we wrześniu ubiegłego roku. Podpisanie umowy, choć na razie tylko tzw. zamiarowej, w zasadzie przesadza sprawę. Jeden z najbogatszych Polaków zostanie prezesem Śląska i właścicielem około 20 procent jego akcji (80 proc. nadal będzie miało miasto). Po połączeniu nowo powstały klub przejmie nazwę, herb oraz barwy Śląska Wrocław. Na koszulkach zawodników będzie natomiast widniała nazwa firmy - Altax. Mecze rozgrywane będą we Wrocławiu.

Drzymała jest pasjonatem futbolu. Stworzony przez niego w Grodzisku zespół jest dziś na trzecim miejscu w ekstraklasie, ma też za sobą sukcesy w Europie: w 2003 roku wyeliminował z Pucharu UEFA Herthę Berlin i Manchester City. Właściciel Groclinu udowodnił też, że na futbolu można zarabiać.

Na mecze jego drużyny w Grodzisku przychodziło jednak zbyt mało ludzi, by myśleć o budowie naprawdę wielkiego klubu. - Musiałem zmienić mały Grodzisk na Wrocław, tu powstanie duży stadion i są większe perspektywy - tłumaczył Drzymała. Ale zanim zdecydował się na Śląsk, rozważał propozycje ze Szczecina i Gorzowa. - Wybrałem Śląsk, bo rozmowy z władzami Wrocławia były konkretne i rzeczowe - wyjaśnił.

Do maja, czyli do końca obecnego sezonu piłkarskiego, oba kluby będą jeszcze osobnymi bytami prawnymi. Dopiero po rozgrywkach rozstrzygną się szczegóły fuzji.

Najlepiej byłoby, gdyby Śląsk sam awansował do ekstraklasy, bo wtedy kluby połączą się na równych prawach i już jako jeden twór wystąpią o licencję do Polskiego Związku Piłki Nożnej - Najprawdopodobniej ze względów finansowych wystąpimy o nią na bazie Groclinu. Wiążą się z tym większe pieniądze od sponsorów - wyjaśniał prezydent Dutkiewicz - A pieniędzy będziemy potrzebowali, bo chcemy stworzyć klub z pokaźnym budżetem, który będzie prawdziwą dobrze funkcjonująca sportową maszyną.

Ale gdyby Śląsk nie awansował, w ekstraklasie w następnym sezonie będzie mógł grać wyłącznie dzięki fuzji z Groclinem. - Takiej sytuacji chcielibyśmy jednak uniknąć. Nie chcemy, by w Polsce twierdzono, że Wrocław kupił sobie pierwsza ligę - tłumaczył Michał Janicki, dyrektor departamentu spraw społecznych w urzędzie miejskim, który pilotuje sprawę Śląska. Dlatego cel prowadzonej przez Ryszarda Tarasiewicza drużyny się nie zmienia, jest nim awans.

Zbigniew Drzymała wybiegał natomiast w przyszłość: - Czeka nas niełatwe zadanie - z dwóch drużyn zrobić jedną. Miałem już spotkania z trenerami Śląska Ryszardem Tarasiewiczem i Groclinu Jackiem Zielińskim, ale były to jedynie rozmowy robocze. Na szczegóły przyjdzie czas po sezonie.

Drzymała przejmując Śląsk, nie zrezygnuje całkowicie z inwestowania w futbol w Grodzisku. Na zmodernizowanym za jego pieniądze miejscowym stadionie trenować będzie młodzież, a także rozgrywać swoje mecze rezerwowy zespół Śląska w rozgrywkach tzw. Młodej Ekstraklasy. Obiekt będzie też bazą treningową pierwszego zespołu.

Pozyskanie Drzymały to drugi etap zaplanowanej na lata budowy we Wrocławiu silnego klubu piłkarskiego. Pierwszym było przejecie Śląska przez gminę, trzecim będzie budowa nowoczesnego stadionu. Kolejnym ma być przekazanie klubu w całości w prywatne ręce.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław

IV Edycja Rankingu
PROFESJONALNA GMINA PRZYJAZNA INWESTOROM

Organizatorzy:
Konferencja Inwestorów
Fundacja Rozwoju Demokracji Lokalnej
Wolska & Jefremienko - Municypalne Usługi Doradcze
Puls Biznesu

Udział w Rankingu stał się czytelnym i znaczącym sygnałem dla inwestorów - decyzje
o lokalizacji kapitału są w dużej mierze oparte na wynikach analizy jakości zarządzania gminą, na badaniu przygotowania władz i aparatu urzędniczego do tworzenia stabilnych warunków dla działalności gospodarczej oraz na znajomości tendencji rozwojowych danej gminy.

Wraz ze zmieniającymi się oczekiwaniami inwestorów i obowiązkami, które stają przed samorządem lokalnym, Kapituła Rankingu rozszerzyła zakres analizowanych działań urzędu, starając się tym samym inicjować procesy różnorakich zmian w administracji lokalnej.

W tym celu zostały wyodrębnione i szczegółowo opracowane zasady, którymi kieruje się profesjonalna gmina: "Przejrzystość", "Terminowość", "Stabilność", "Planowanie strategiczne", "Profesjonalizm", "Przywództwo lokalne".
Te zasady stanowią jednocześnie podstawę sformułowania pytań, analizy i oceny gminy (przystosowane do polskiej rzeczywistości).

Ranking stara się ukazać różnorodność dziedzin, które składają się na powodzenie działań inwestycyjnych i pozyskiwanie inwestorów w gminie - na sukces. W ten właśnie sposób - analizując różne poziomy funkcjonowania samorządu - Kapituła ma nadzieję uzyskać pełny i konkretny obraz tak zwanego "klimatu inwestycyjnego" w danej gminie.

Pragniemy podkreślić, iż Ranking "Profesjonalna Gmina Przyjazna Inwestorom" służy wyłonieniu gmin najlepszych - profesjonalnych, poszukujących indywidualnych rozwiązań i rozwijających się, ale również kreowaniu wzorca idealnego urzędu i wskazywaniu koniecznych kierunków rozwoju w polskim samorządzie lokalnym.

28 października 2005 roku w gmachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się Gala Finałowa podsumowująca IV edycję Rankingu.

Lista nagrodzonych i wyróżnionych gmin:

I miejsce w grupie gmin do 15 tysięcy mieszkańców
- gmina Duszniki (woj. wielkopolskie)

I miejsce w grupie gmin od 15 do 40 tysięcy mieszkańców
- gmina Kozienice

I miejsce w grupie gmin od 40 do 100 tysięcy mieszkańców
- miasto Ostrowiec Świętokrzyski

I miejsca w grupie gmin powyżej 100 tysięcy mieszkańców
- miasto Rybnik

I miejsce w kategorii "Organizacja wewnętrzna i jakość obsługi mieszkańców"
- gmina Duszniki

I miejsce w kategorii "Zarządzanie rozwojem"
- miasto Wrocław

I miejsca w kategorii "Komunikacja społeczna i partycypacja mieszkańców"
- gmina Pawłów

Honorowe wyróżnienie im. Aleksandra Paszyńskiego za zdobycie największej liczby punktów w klasyfikacji generalnej Rankingu
ex aequo - miasto Kozienice i miasto Rybnik.

Gminy wyróżnione:
Gmina Mszczonów
Gmina Bierawa
Gmina Zarszyn
Gmina Ozorków
Gmina Pawłów
Miasto i gmina Niepołomice
Miasto Zgorzelec
Gmina miejska Szczytno
Gmina miejska Dzierżoniów
Gmina miasta Brodnicy
Gmina miejska Kwidzyn
Miasto i gmina Solec Kujawski
Miasto Sochaczew
Miasto Grodzisk Mazowiecki
Gmina Dąbrowa Tarnowska
Miasto Piła
Miasto Konin
Miasto Jarocin
Miasto Żory
Miasto Gdynia
Miasto Tychy
Miasto Wrocław
Miasto Bydgoszcz
Miasto Rzeszów

Lista rankingowa wszystkich gmin.

Skład Kapituły Rankingu
Przewodniczący - prof. Jerzy Regulski
Vice Przewodniczący - Roman Nowicki
Członkowie:
Zofia Borowska
Andrzej Bratkowski
Barbara Imiołczyk
Mieczysław Jaśkowski
Adam Kowalewski
Jan Król
Krzysztof Lipski
Andrzej Nierychło
Ewa Śmigielska
Halina Wolska
Sekretarz:
Marek Jefremienko

Dodatkowe informacje:

Sekretariat Kapituły Rankingu "Profesjonalna Gmina Przyjazna Inwestorom":
ul. Bociania 51
02-807 Warszawa
tel. (022) 857 76 30
fax (022) 816 53 92
e-mail: pawilonis@jefremienko.pl

· 

Za: Gazeta.pl

Kmita zostanie sprzedany

Główny sponsor wycofuje się z Kmity, bo gmina nie zamierza pomagać w finansowaniu klubu. Najprawdopodobniej oznacza to koniec pierwszej ligi w niespełna pięciotysięcznym Zabierzowie.

Wszystko wskazuje na to, że Kmita podzieli losy Heko Czermno (kiedyś występował w drugiej lidze, ale po wycofaniu się sponsora został zdegradowany do klasy A) lub Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski (drużynę kupiła Polonia Warszawa). - Jeżeli znajdą się kontrahenci, to jesteśmy gotowi sprzedać Kmitę - nie kryje Tomasz Janik, prezes klubu z Zabierzowa oraz prawa ręka Kazimierza Dudy, głównego sponsora.

Jeszcze pięć lat temu drużyna grała w klasie okręgowej. W 2006 r. awansowała do II ligi, w której występuje trzeci rok. Już wtedy głównym sponsorem klubu był Duda (zajmuje się sprzedażą szyb samochodowych oraz prowadzi firmę ogrodniczą). - Gdyby nie Kmita, nikt by nie wiedział, gdzie jest Zabierzów. W zamian nie usłyszeliśmy nawet słowa "dziękuję" - podkreśla poirytowany Janik.

Budżet klubu wynosi 1,3 mln zł. Duda co roku zapewnia co najmniej 75 proc. tej kwoty. Resztę pokrywają mniejsi sponsorzy oraz Urząd Gminy w Zabierzowie. I właśnie małe zaangażowanie władz jest jednym z argumentów Dudy za opuszczeniem klubu.

Kmita starał się o dotację w wysokości 100 tys. zł rocznie, a pieniądze działacze zamierzali przeznaczyć na utrzymanie boiska. Do kasy wpłynęło jednak tylko 40 tys. Wojciech Burmistrz, zastępca wójta Zabierzowa: - Nie możemy więcej dokładać, bo i tak klub za darmo korzysta z gminnych obiektów. Zresztą władzom Kmity jest łatwiej wydawać pieniądze, bo dysponują prywatnymi środkami.

Za 120 tys. gmina Zabierzów promowała się na strojach oraz reklamach stadionowych. Na klubowe konto wpłynęła jednak kwota o 50 tys. zł niższa. - Klub korzystał z hali sportowej i basenu w szkole, który należał do gminy. Powstały duże zaległości i każda kontrola wykazałaby naszą niegospodarność - uzasadnia zmniejszenie dotacji Burmistrz. - Kmita jest jedynym wiejskim klubem w I lidze, i to jest problem. Obok pana Dudy brakuje nam takich partnerów, jakim niegdyś było Gellwe.

W latach 2006-07 w Zabierzowie wydano 2,4 mln zł na dostosowanie obiektów do wymogów licencyjnych. Przez długi czas piłkarze musieli grać na boisku Wawelu Kraków. - Słyszałem głosy radnych, że mamy niezły interes w Kmicie. Proszę pokazać mi osobę, która zarobiła na inwestowaniu w piłkę nożną - denerwuje się Janik. Co prawda jeden z radnych zaproponował utworzenie spółki z miastem, ale za deklaracją nie poszły konkrety.

Burmistrz podkreśla, że profesjonalny sport to niejedyne zadanie dla urzędników. - Gmina potrzebuje pieniędzy na ulepszenie kanalizacji oraz infrastrukturę drogową i oświatową. Dzięki klubowi jest o nas trochę głośniej, ale piłkarze to nie wszystko. W gminie leży lotnisko w Balicach i biznespark - zaznacza zastępca wójta.

Argumentem za pozostaniem sponsora w Zabierzowie na pewno nie jest frekwencja. Na ostatnim meczu ligowym z Koroną Kielce na trybunach zasiadło nie więcej niż sto osób (we wsi mieszka 4,6 tys. ludzi, a w gminie jest ok. 20 tys. mieszkańców). W poprzedniej rundzie nie było lepiej, bo na trybunach zjawiało się góra 400 osób.

Dariusz Wójtowicz, ówczesny dyrektor Kmity, nie mógł tego zrozumieć. - To wielka zagadka, na którą nie potrafię odpowiedzieć. Zastanawialiśmy się nad darmową pulą biletów dla zakładów pracy w Zabierzowie, ale czy by pomogło?

Problem frekwencji widzą też piłkarze. - Czasami więcej było kibiców gości niż naszych. Nawet jak pauzowały Cracovia i Wisła, na naszych spotkaniach nie zjawiało się więcej osób - przyznaje Dariusz Romuzga, kapitan Kmity. - Ale temat przeniesienia drużyny do innego miasta wraca jak bumerang. Prezes Duda wspominał o tym już rok temu.

Przed sezonem główny sponsor klubu rozważał fuzję z Fablokiem Chrzanów, a Janik potwierdza zainteresowanie przejęciem zespołu przez Jaworzno.

A co wy na to-Kmita zostanie sprzedany
Główny sponsor wycofuje się z Kmity, bo gmina nie zamierza pomagać w finansowaniu klubu. Najprawdopodobniej oznacza to koniec pierwszej ligi w niespełna pięciotysięcznym Zabierzowie.

Wszystko wskazuje na to, że Kmita podzieli losy Heko Czermno (kiedyś występowało w drugiej lidze, ale sponsor postanowił po spadku przenieść klub do klasy A) lub Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski (drużynę kupiła Polonia Warszawa). - Jeżeli znajdą się kontrahenci, to jesteśmy gotowi sprzedać Kmitę - nie kryje Tomasz Janik, prezes klubu z Zabierzowa oraz prawa ręka Kazimierza Dudy, głównego sponsora.

Jeszcze pięć lat temu drużyna grała w klasie okręgowej. W 2006 r. awansowała do II ligi. Na zapleczu ekstraklasy występuje trzeci rok. Już wtedy głównym sponsorem klubu był Duda (zajmuje się sprzedażą szyb samochodowych oraz prowadzi firmę ogrodniczą). - Gdyby nie Kmita, nikt by nie wiedział, gdzie jest Zabierzów. W zamian nie usłyszeliśmy nawet słowa "dziękuję" - podkreśla poirytowany Janik.

Budżet klubu wynosi 1,3 mln zł. Duda co roku zapewnia co najmniej 75 proc. tej kwoty. Resztę pokrywają mniejsi sponsorzy oraz Urząd Gminy w Zabierzowie. I właśnie małe zaangażowanie władz jest jednym z argumentów Dudy za opuszczeniem klubu.

Kmita starał się o dotację w wysokości 100 tys. zł rocznie, a pieniądze działacze zamierzali przeznaczyć na utrzymanie boiska. Do kasy wpłynęło jednak tylko 40 tys. Wojciech Burmistrz, zastępca wójta Zabierzowa: - Nie możemy więcej dokładać, bo i tak klub za darmo korzysta z gminnych obiektów. Zresztą władzom Kmity jest łatwiej wydawać pieniądze, bo dysponują prywatnymi środkami.

Za 120 tys. gmina Zabierzów promowała się na strojach oraz reklamach stadionowych. Na klubowe konto wpłynęła jednak kwota o 50 tys. zł niższa. - Klub korzystał z hali sportowej i basenu w szkole, który należał do gminy. Powstały duże zaległości i każda kontrola wykazałaby naszą niegospodarność - uzasadnia zmniejszenie dotacji Burmistrz. - Kmita jest jedynym wiejskim klubem w I lidze, i to jest problem. Obok pana Dudy brakuje nam takich partnerów, jakim niegdyś było Gellwe.

W latach 2006-07 w Zabierzowie wydano 2,4 mln zł na dostosowanie obiektów do wymogów licencyjnych. Przez długi czas piłkarze musieli grać na boisku Wawelu Kraków. - Słyszałem głosy radnych, że mamy niezły interes w Kmicie. Proszę pokazać mi osobę, która zarobiła na inwestowaniu w piłkę nożną - denerwuje się Janik. Co prawda jeden z radnych zaproponował utworzenie spółki z miastem, ale za deklaracją nie poszły konkrety.

Burmistrz podkreśla, że profesjonalny sport to niejedyne zadanie dla urzędników. - Gmina potrzebuje pieniędzy na ulepszenie kanalizacji oraz infrastrukturę drogową i oświatową. Dzięki klubowi jest o nas trochę głośniej, ale piłkarze to nie wszystko. W gminie leży lotnisko w Balicach i biznespark - zaznacza zastępca wójta.

Argumentem za pozostaniem sponsora w Zabierzowie na pewno nie jest frekwencja. Na ostatnim meczu ligowym z Koroną Kielce na trybunach zasiadło nie więcej niż sto osób (we wsi mieszka 4,6 tys. ludzi, a w gminie jest ok. 20 tys. mieszkańców). W poprzedniej rundzie nie było lepiej, bo na trybunach zjawiało się góra 400 osób.

Dariusz Wójtowicz, ówczesny dyrektor Kmity, nie mógł tego zrozumieć. - To wielka zagadka, na którą nie potrafię odpowiedzieć. Zastanawialiśmy się nad darmową pulą biletów dla zakładów pracy w Zabierzowie, ale czy by pomogło?

Problem frekwencji widzą też piłkarze. - Czasami więcej było kibiców gości niż naszych. Nawet jak pauzowały Cracovia i Wisła, na naszych spotkaniach nie zjawiało się więcej osób - przyznaje Dariusz Romuzga, kapitan Kmity. - Ale temat przeniesienia drużyny do innego miasta wraca jak bumerang. Prezes Duda wspominał o tym już rok temu.

Przed sezonem główny sponsor klubu rozważał fuzję z Fablokiem Chrzanów, a Janik potwierdza zainteresowanie przejęciem zespołu przez Jaworzno.

źródło: Gazeta.pl

http://szamotuly.naszemiasto.pl/wydarzenia/953278.html

http://archeowiesci.wordpress.com/2009/01/31/beda-promowac-wielkopolskie-piramidy/#comment-6945

GRODZISK - Wielkopolskie piramidy europejskim unikatem
28.01.2009
O bardzo dziwnych, tajemniczych kurhanach na terenie gminy Kamieniec dotąd wiedziało niewielu. Wielka szkoda, bo okazuje się, że jest to unikat nie tylko w skali całego kraju, ale wręcz Europy. Dlatego już w tym roku ma się to zmienić.

Władze gminy Kamieniec, na terenie której położone są cztery widoczne kurhany, zamierzają zagospodarować teren wokół tych kopców i zrobić wszystko, żeby uczynić z nich atrakcję turystyczną nie tylko na skalę gminy czy powiatu.

Wójt Piotr Halasz przyznaje bowiem, że bez właściwego oznaczenia bardzo trudno tam dotrzeć, a poza tym niewiele osób ma w ogóle pojęcie, że coś takiego się tam znajduje.
Jednym słowem jest to niewykorzystana atrakcja, która ściągać mogłaby do gminy wycieczki przyjezdnych. Cztery widoczne kopce o wysokości około 4,5 metra, o konstrukcji kamienno-ziemnej, znajdujące się w pobliżu wioski Łęki Małe, w pobliżu trasy Kościan – GrodziskWielkopolski, pochodzą z wczesnej epoki brązu. Potocznie nazywane są one „wielkopolskimi piramidami”.

::: Reklama :::

– Datuje się je na około 1800 lat przed naszą erą – wyjaśnia Andrzej Krzyszowski z działu Archeologii Wielkopolski Muzeum Archeologicznego w Poznaniu. – Do tej pory rozkopanych zostało sześć kurhanów. Cztery z nich zrekonstruowano i obecnie można je podziwiać.

Pierwsze prace prowadzone tam były już w latach 30. ubiegłego wieku, a później kontynuowane były w latach 50. Podczas tych badań ustalono, że kopce te były miejscem pochówku dla osób o znaczącym statusie społecznym. Świadczą o tym wydobyte z wewnątrz przedmioty: ozdoby z brązu, złota, naczynia, broń. Znaleziska te znajdują się w zbiorach naszego muzeum – tłumaczy archeolog. Andrzej Krzyszowski przyznaje, że „wielkopolskie piramidy” są wyjątkowe na skalę europejską.
– Niestety, wiedzą o tym bardzo nieliczni i przez to jest to znalezisko tak bardzo niedocenione – stwierdza.

– Dobrze, że władze Kamieńca myślą o uporządkowaniu tego miejsca i wykorzystania go w promocji turystycznej gminy. Tym bardziej że te cztery zrekonstruowane kopce nie są jedynymi, jakie tam występują. W sumie było ich około jedenastu. Pozostałe nie są widoczne, bo na początku XX wieku teren zrównany został przy okazji budowy trasy kolejowej. Takie nagromadzenie kurhanów w jednym miejscu jest ewenementem i dlatego to tak wielki unikat – podkreśla pracownik muzeum.
Wójt Piotr Halasz zapowiada, że już niebawem rozpocznie rozmowy z właścicielami działek, na których umiejscowione są kurhany, aby wyrazili oni zgodę na zagospodarowanie terenu wokół kopców.
– Chcemy tam stworzyć ścieżki spacerowe, parking, umiejscowić tablice informacyjne, a przede wszystkim uporządkować ten obszar. Zamierzamy też przy współpracy z Muzeum Archeologicznym zlecić wykonanie kopii przedmiotów wykopanych z kurhanów, by móc je wyeksponować w naszym urzędzie. A ponadto wydać folder, w którym pojawiłby się także opis kurhanów. Takie są plany na ten rok. W następnym, jeśli tylko uda nam się na ten cel pozyskać dofinansowanie unijne, zamierzamy wybudować tam również platformę widokową – dodaje włodarz gminy.
Nad projektem zagospodarowania pracować będzie z ramienia Urzędu Gminy w Kamieńcu, między innymi Anna Napierała, z którą wybraliśmy się pod kurhany.
– Tuż obok znajduje się nieczynna linia kolejowa, na trasie której wycieczki organizuje Grodziska Kolej Drezynowa – podkreśliła A. Napierała.
– Jeśli oznaczymy to miejsce i je rozreklamujemy dla wycieczkowiczów, to będzie to nie lada atrakcja.
Z planów nagłośnienia i wypromowania czterech widocznych kurhanów cieszy się Andrzej Krzyszowski, który wraz z ekipą archeologów już pod koniec ubiegłego roku wszedł na teren, gdzie znajdować mogą się pozostałe kurhany. Na kopce wówczas nie natrafiono, znaleziono jednak cmentarzysko z okresu wczesnego średniowiecza z pozostałościami grobów ciałopalnych.
– W tym roku jesienią zamierzamy ponownie powrócić na teren gminy Kamieniec i szukać kurhanów. Są bowiem duże szanse, że choć nie widać ich na powierzchni ziemi, to ich zawartość powinna być nienaruszona – dodaje pracownik muzeum.

Anna Wyrwa Sadowska - POLSKA Głos Wielkopolski

W Pobiedziskach stawiają na inwestycje
Jacek Łuczak2007-07-29, ostatnia aktualizacja 2007-07-29 18:36

Na inwestorów czeka tu ponad 200 ha gruntów. W Pobiedziskach powstanie nowy hotel i fabryka przetwórstwa pomidorów, terenami interesują się też inni znani przedsiębiorcy
Władze gminy liczą, że za kilka lat wpływy do jej budżetu będą o 30-40 proc. wyższe niż w tej chwili. Jedno tylko otwarte niedawno Centrum Magazynowe w Bugaju, rozłożone na zaledwie 5 hektarach powierzchni, docelowo będzie płaciło gminie 250 tys. zł rocznie. W tej chwili korzysta jeszcze z gwarantowanych inwestorom ulg. Nowe tereny inwestycyjne powinny w dużej mierze rozwiązać problem około 20-procentowego - obecnie - bezrobocia w Gnieźnie.

Ponad 200 ha uzbrojonych gruntów pod inwestycje leży tuż pod Pobiedziskami przy drodze krajowej nr 5 - w Kocanowie i w Pomarzanowicach. To dwa wielkie pola, na których mogą stanąć magazyny, hale, a nawet największe zakłady przemysłowe. - Myślę, że to będzie przyszłość gospodarcza Pobiedzisk. Niebawem ruszymy z kampanią promocyjną. Wkrótce dla tych terenów będą mogły być wydawane pozwolenia na budowę - zapowiada burmistrz Michał Podasada. Mimo że plan zagospodarowania przestrzennego czeka jeszcze na opublikowanie w biuletynie wojewody, to już gruntami zainteresowali się inwestorzy. Sporą ich część chce kupić produkująca materiały budowlane szkocka firma Proctor, która ma swoją siedzibę w Blairgowire (jest właścicielem II-ligowego klubu angielskiego). Niedawno firma otworzyła też przedstawicielstwo w Poznaniu i swój magazyn w Sadach.
Z Kąkolewa pod Grodziskiem Wlkp. do Pobiedzisk chce przenieść się znana kierowcom z programu w TVN Turbo Szkoła Auto Skoda.
Przywróci honor pomidorom
Duże nadzieje władze Pobiedzisk wiążą także z postacią Piotra Chomczyńskiego, światowej sławy polskiego biochemika, który mieszka i pracuje w USA. Na trzech hektarach na wysokości Skansenu Miniatur naukowiec wybuduje swój zakład, w którym będzie produkował przetwory z pomidorów. Technologia jest na razie tajemnicą. - Jest na etapie zgłoszenia do urzędów patentowych w USA i innych krajach, więc na szczegóły jeszcze za wcześnie - wyjaśnia Chomczyński. Wiadomo jednak, że polski biochemik chce przywrócić honor pomidorom, bo związki w nich zawarte - jak twierdzi - mają naukowo potwierdzone działanie antynowotworowe. Produkty naukowca nie będą modyfikowane genetycznie. Przetwory będą wytwarzane z pomidorów pochodzących z Wielkopolski. Mają mieć bardziej... owocowy smak, bo - jak uważa Chomczyński, przetwory obecnie znajdujące się na rynku mają zniechęcający smak warzywny.
Zatrudnienie w fabryce wartej 2 mln zł znajdzie docelowo ok. 40 osób w zawodach związanych głównie z biotechnologią. Budowa zakładu rozpocznie się jeszcze tej jesieni i potrwa około roku. To dopiero pierwszy etap, bo Chomczyński kupił trzy działki i na pozostałych zamierza wybudować także najnowocześniejsze w Polsce laboratorium biochemiczne.
Przypomnijmy, że Piotr Chomczyński to nie tylko naukowiec, ale zręczny biznesmen i kolekcjoner polskiego malarstwa, założyciel poznańskiej TV Biznes, którą niedawno sprzedał Polsatowi. - Profesor miał do wyboru trzy lokalizacje: u nas, koło Wrześni i w Lubuskiem. Jednak po wizycie u nas pozostałe dwie odwołał. Wiedzieliśmy, jaki ma dorobek, zrobiliśmy wszystko, by mieć takiego ambasadora gospodarczego. Już dzwonią do nas kolejni inwestorzy z poważnymi ofertami - cieszy się wiceburmistrz Pobiedzisk Ireneusz Antkowiak.

Hotel, hale sportowe i twarde dyski

To nie koniec nowych inwestycji w Pobiedziskach. Przy stadionie Huraganu nad jeziorem ma szansę powstać sześciopiętrowy hotel, w którym szkolić się będą studenci jednej ze szkół hotelarstwa i gastronomii. Kilka dni temu pisaliśmy również o projekcie wybudowania w Pobiedziskach Centrum Treningowo-Rehabilitacyjnego, które mogłoby służyć gościom Euro 2012, a później młodzieżowym reprezentacjom Polski oraz o budowie hali widowiskowo sportowej z widownią na 700 miejsc.
Natomiast już 1 sierpnia w Bugaju produkcję twardych dysków dla Toshiby i Sony rozpocznie chiński inwestor Acom Data. Maszyny z Hongkongu już są w drodze, do Polski mają dotrzeć pod koniec lipca.

Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań

drodzy malkontenci, musicie jednak przyznac, ze przynajmniej jesli chodzi o promocje (propagande?) to nie jest wcale tak zle no i milo jest przeczytac cos takiego w najwiekszej gazecie regionu

Krótka historia Pogoni Szczecin



5 czerwca 2009 r., Szczecin, ulica Twardowskiego. Na murawie stadionu Pogoni, na której za najlepszych lat Portowcy mierzyli się w Pucharze UEFA z FC Koeln z Schumacherem, Littbarskim i Allofsem w składzie, teraz trwa mecz z Unią Janikowo. Gra toczy się tylko o punkty grupy zachodniej II ligi, na tablicy widnieje skromne 1:1, ale kiedy rozlega się ostatni gwizdek sędziego, 10 tys. kibiców ogarnia szał radości.

W tabeli Pogoń jest co prawda za MKS Kluczbork, ale drugie miejsce też daje awans o klasę wyżej. Na razie tylko na zaplecze ekstraklasy, ale ważniejsze jest co innego. Szczeciński klub po raz kolejny odradza się niczym mityczny Feniks z popiołów.

Dwie Pogonie

Po raz pierwszy widmo likwidacji zajrzało Portowcom w oczy latem 2003 r. Urodzony w Polsce szwedzki biznesmen Les Gondor vel. Leszek Gondorowicz rok wcześniej przejął klub od Turka Sabriego Bekdasa. A konkretnie - udziały w spółce, w której były także stowarzyszenie MKS Pogoń oraz gmina miasto Szczecin.

Gondor chciał tego samego, co wcześniej Bekdas - terenów, na których leży stadion Pogoni. Zamiast dbać o klub, toczył wojnę o tereny z władzami miasta, a potem o wielomilionowe odszkodowania. Tymczasem Pogoń z hukiem spadła z ekstraklasy, a co gorsza nie otrzymała licencji nawet na grę w II lidze.

Od upadku postanowili ratować swój klub kibice. Na początek założyli Stowarzyszenie Pogoń Walcząca, które starało się naciskać z jednej strony na Gondora, a z drugiej na miasto w celu wymuszenia korzystnego dla klubu kompromisu. Równocześnie prowadzone były bardziej konkretne działania. Kibice utworzyli własny klub o nazwie Pogoń Szczecin Nowa i zgłosili go do rozgrywek na miejsce rezerw Pogoni. "Baliśmy się, że Pogoń w ogóle nie przystąpi do rozgrywek. Zaczęliśmy więc chodzić po urzędach, spotykać się z ludźmi. Urabialiśmy ich 8 miesięcy, ale w końcu udało się zaklepać miejsce w IV lidze" - opowiada kibic Pogoni Rafał Chlasta, który został prezesem Pogoni Nowej.

Wielka kompromitacja

Pogoń Nowa nie zagrała jednak w IV lidze, ponieważ wcześniej chęć zainwestowania w szczeciński klub wyraził kolejny biznesmen - Antoni Ptak, właściciel II-ligowej Piotrcovii. Ptak postanowił przenieść klub z do Szczecina i występować pod nazwą Pogoń. Zawarł więc umowę z MKS Pogoń, będącym w posiadaniu praw do nazwy, barw, herbu i tradycji klubu. Ze spółki wycofało się miasto, a MKS i Pogoń Nowa objęły po jednym procencie akcji.

Kibicom nie bardzo się ten pomysł podobał, ale mając do wyboru II i IV ligę, ostatecznie opowiedzieli się za drugą. Swoje miejsce w IV lidze oddali rezerwom Pogoni Ptaka. "Prezydent Jurczyk chciał sukcesów, które przyniosłyby mu popularność, więc postawił nas pod ścianą. Podpisał umowę i powiedział: <Wy się dogadujcie>” - zdradza kulisy Chlasta.

Piotrkowska Pogoń wywalczyła awans do ekstraklasy, ale szybko okazało się, że Ptak miał bardzo dziwny pomysł na prowadzenie klubu. Do czterech Brazylijczyków ze składu, który wywalczył promocję, zaczęli dołączać coraz to nowi. W kolejnym sezonie było ich dziewięciu, a w sezonie 2006/2007 już dwudziestu pięciu! "Był wśród nich sprzedawca krawatów i roznosiciel pizzy" - opowiada Chlasta.

Na koniec zawodnicy zostali skoszarowani w ośrodku w Gutowie niedaleko Łodzi, a do Szczecina przyjeżdżali tylko na mecze. O Pogoni, jako ewenemencie na skalę światową, nakręciła reportaż jedna z zachodnich telewizji. "To przechodziło ludzkie pojęcie, groziło wielką kompromitacją. Kibice się od nas odwracali, bo przecież nasze miejsce było w Szczecinie, a nie Gutowie" - wspomina ówczesny gracz Pogoni Grzegorz Matlak, wychowanek szczecińskiego klubu.

Wychowankowie na ratunek

Ptak robił co chciał, bo w 2005 r. podwyższył kapitał i zgodnie z prawem handlowym wykupił udziały od mniejszościowych akcjonariuszy. Fani w końcu powiedzieli dość. "Wkurzyliśmy się i zgłosiliśmy Pogoń Nową do B klasy. Grali w niej głównie juniorzy wzmocnieni kilkoma doświadczonymi graczami. Matlak rzucił wszystko, bo nie chciał być w gutowskiej Pogoni i wolał grać za darmo u nas" - relacjonuje Chlasta.

"Miałem jeszcze półtoraroczny kontrakt, ale rozwiązałem go za porozumieniem stron. Z Pogonią byłem związany od urodzenia, bardzo zależało mi na tym, żeby ją odbudować" - opowiada Matlak. "Co z tego miałem? Nic, nawet własne pieniądze poświęcałem".

"Zrobiliśmy akcję marketingową, kilku znanych piłkarzy, m.in. Adam Kensy, wystąpiło w jednym czy dwóch meczach, aby okazać nam swoje poparcie" - dodaje Chlasta. "Efekt był taki, że na nasze mecze przychodziło więcej ludzi niż na Pogoń Ptaka. Miasto też nam pomagało, bo wszyscy mieli dość tego wariata".

Do Pogoni Nowej dołączył także inny wychowanek Pogoni Dariusz Adamczuk, wicemistrz olimpijski z Barcelony, który w przeszłości grał w takich klubach jak Eintracht Frankfurt, Udinese czy Glasgow Rangers. Trzy lata po zakończeniu kariery postanowił wrócić na boisko. Prosto do B klasy. "Zwiedziłem całą okolicę Szczecina i odkryłem wiele pięknych miejsc, do których normalnie bym nie trafił. Dawaliśmy dużo radości miejscowym kibicom, których przyciągały znane nazwiska" - opowiada. "Pogoń to mój klub, to normalne, że chciałem pomóc. A przecież to, co robił Ptak, wystawiało klub na pośmiewisko".

Pogoń Nowa już w pierwszym sezonie (2006/2007) awansowała do A klasy. Sukces był możliwy dzięki zaangażowaniu wielu osób. "Po rezygnacji z kontraktu byłem na bezrobociu, więc pracowałem prawie 24 godziny na dobę" - wspomina Matlak. "Będąc w B klasie, pod względem marketingowym przewyższaliśmy niektóre kluby I ligi. Zebraliśmy 150 tys. zł budżetu, młodzi zawodnicy grali za darmo, ale mieli zagwarantowany dobry sprzęt i komfort pracy. Byli dumni, że grają w Pogoni i że mogą o sobie przeczytać w gazetach".

Znów od zera

W 2007 r. „brazylijska” Pogoń spadła z ekstraklasy i stało się jasne, że to koniec obecności w Szczecinie biznesmena spod Łodzi. Ptak próbował sprzedać klub władzom miasta, ale te nie podjęły tematu. Miejsce w II lidze chcieli odkupić od niego dwaj przedsiębiorcy, Artur Kałużny i Grzegorz Smolny, jednak i do tej transakcji nie doszło. "Ptak proponował im sprzedaż bez zaglądania w księgi, a na to się nie zgodzili" - wyjaśnia Chlasta. "Na szczęście prawa do nazwy i herbu miało stowarzyszenie MKS Pogoń".

Ptak mógł więc tylko przenieść swoich zawodników do innego miasta, ale już nie jako Pogoń. Przez pewien czas rozmawiał z działaczami Stilonu Gorzów Wlkp., ale ostatecznie zaniechał tego pomysłu.

Jednak szczeciński klub ponownie znalazł się w punkcie wyjścia. Kibice niezależnie od negocjacji Kałużnego i Smolnego z władzami miasta zażądali zwrotu miejsca w IV lidze, które zostało wniesione aportem do spółki z Ptakiem. Potem porozumieli się z inwestorami. "Nauczeni doświadczeniem postawiliśmy twarde warunki. Żadnych fuzji czy kupowania ligi. Mamy połowę udziałów i po każdym awansie część oddajemy" - opowiada Chlasta. Ostatecznie w nowej spółce 51 proc. udziałów objęli nowi inwestorzy, pozostałe 49 proc. przypadło Pogoni Nowej, Matlakowi i Adamczukowi.

"Zabezpieczyliśmy się też przed tym, żeby nie pozbawiono nas naszych udziałów w taki sposób, w jaki zrobił to Ptak. W statucie pojawił się zapis, że bez zgody stu procent akcjonariuszy nie można zmienić nazwy, przenieść klubu do innego miasta ani podwyższyć kapitału. Jeśli właściciele chcieliby to zrobić, to muszą pokryć także naszą część" - dodaje wiceprezes Pogoni Nowej Robert Jacoszek.

Nowe zapisy w statucie znalazły zastosowanie już po roku istnienia spółki. W 2008 r. Zbigniew Drzymała postanowił sprzedać Dyskobolię Grodzisk Wielkopolski i złożył ofertę właścicielom Pogoni. Kibice stanowczo sprzeciwili się temu pomysłowi. "Dlaczego? Bo już raz to przerabialiśmy. Była o to wielka wojna. Gastronomicy (tak nazywa się w Szczecinie Kałużnego i Smolnego - red.) próbowali nas obejść, ale nie dali rady" - wyjaśnia Chlasta.

Do Szczecina trafiło kilku piłkarzy znanych z boisk ekstraklasy, m.in. Ferdinand Chi-Fon, Tomasz Parzy i były reprezentant Polski Paweł Skrzypek, który kiedyś wsławił się tym, że powstrzymał samego Gianfranco Zolę. "Poproszono mnie o pomoc w odbudowaniu Pogoni. Akurat kończyła mi się umowa z Flotą Świnoujście, gdzie byłem grającym trenerem, więc się zgodziłem" - wspomina Skrzypek.

W takim składzie drużyna już w pierwszym sezonie wywalczyła awans do II ligi, a w drugim - na zaplecze ekstraklasy. "Pogoń trafiła w należne jej miejsce, bowiem sportowo nigdy nie spadła poniżej I ligi" - mówi Adamczuk.

Celem ekstraklasa

W odbudowie Pogoni pomogły też władze miasta. W rozgrywkach IV ligi wpłaciły do kasy klubu 900 tys. zł, a w II lidze - 1,8 mln. "To była transakcja wiązana. Pogoń płaciła miastu za stadion, my kupowaliśmy od klubu usługi promocyjne, bo przecież Pogoń to jedna z najbardziej rozpoznawalnych szczecińskich marek. Piłkarze grali z logo miasta na koszulkach, ale nie tylko, bo uczestniczyli w różnych akcjach - m.in. w spotkaniach w domach dziecka czy honorowym krwiodawstwie" - wyjaśnia zastępca prezydenta Szczecina Tomasz Jermoliński, który osobiście był zaangażowany w pomoc klubowi. "Też jestem kibicem" - zdradza.

Na co może liczyć beniaminek I ligi? "Na pewno nie na to, że od razu awansujemy do ekstraklasy. Pamiętajmy, że teraz czekają nas mecze z poważnymi drużynami, a nie jacyś prowincjonalni rywale z Kołobrzegu i okolic" - wyjaśnia Chlasta. "A nasi główni inwestorzy to nie żadne rekiny. Prowadzą raczej drobne geszefty, nie na pierwszą ligę" - dodaje.

W rozgrywkach II ligi Pogoń dysponowała budżetem w wysokości 5 - 6 mln zł. Teraz chce mieć dwa razy tyle. W planach jest m.in. sprowadzenie byłych zawodników szczecińskiego klubu: Olgierda Moskalewicza, Macieja Stolarczyka i Michała Łabędzkiego. Miasto też pomoże. "Obecnie trwają negocjacje. Naszym celem jest awans do ekstraklasy" - deklaruje Jermoliński.

"Taki cel sobie postawiliśmy. I tylko Ptak opóźnił to wszystko o trzy lata. Ale przynajmniej zjednoczyło się środowisko kibiców, uaktywniło się miasto" - mówi Chlasta. "Jedno jest pewne. Gdyby nie Pogoń Nowa, w Szczecinie nie byłoby piłki na tym poziomie" - dodaje.

Obecnie rola kibiców w klubie jest już mniejsza. Po awansie do II ligi zgodnie z umową przekazali część swoich udziałów większościowym właścicielom - w rękach Pogoni Nowej pozostało 25 proc. akcji, a 1 proc. kibice zagwarantowali stowarzyszeniu MKS Pogoń. Po awansie do I ligi w rękach fanów jest już tylko 6 proc. akcji.

– To, że Pogoń tak szybko zagra o awans do ekstraklasy, to głównie zasługa kibiców. Przez ostatnie lata zachowywali się bardzo racjonalnie. Z reguły w takich wypadkach fani głównie protestują, wyrażają swoje niezadowolenie, a oni włączyli się w odbudowę klubu – zaznacza Jermoliński.


Źródło: Dziennik.pl

Mister - Jacek Ciechanowski, urodzony w Miliczu 8
listopada 1951 roku, syn Zygmunta i Stefanii, żonaty z Jagienką z domu Horyd urodzoną w Abaj Bazar; Uzbekistan, w roku 1952, od roku 1967 zamieszkały w Pile, obecnie wiceprezes partii Prawo i Sprawiedliwość w okręgu pilskim, Inspektor na etacie Zarządu Głównego PiS, Radny Powiatowy, hochsztapler nie figurujący już w Krajowym Rejestrze Skazanych, jak podaje w portalu „nasza klasa” absolwent, lub student Politechniki Białostockiej Wydział Budownictwa, jest głównym bohaterem tej wypowiedzi.
Antymit - Tomasz Ożarowski, urodzony w Grodzisku Wielkopolskim 2 lutego 1981 roku, absolwent politologii gdzieś w Polsce, do niedawna, jak podaje portal „nasze miasto” radny miejski w Pile z puli PiS, zrezygnował z mandatu i powędrował do Lubina na Dolnym Śląsku.
Ci dwaj obywatele na forum internetowym i-pila od ponad dwóch lat zajmują się wytrwale obmawianiem Janusza Lemanowicza i jego rodziny. Występują na forum pod nickami Mister i Antymit. Ustalenie tożsamości tych panów, powiązanie ich nazwisk z konkretnymi ksywami, było możliwe po wielostronnych analizach szczegółów ich wypowiedzi w internecie. Kto chce się zapoznać z materiałami źródłowymi, są do dyspozycji w dziale „Polityka” na forum internetowym i-pila.
Mister - Jacek Ciechanowski jako osoba, która w strukturach PiS zajmuje się znajdowaniem haków na wszystkich, zajął się poszukiwaniem haków na Janusza Lemanowicza, który 23 listopada 2002 roku odszedł z funkcji pełnomocnika powiatowego partii Prawo i Sprawiedliwość i w ogóle wystąpił z partii. W tym czasie pan Jacek Ciechanowski był przewodniczącym Rady Regionalnej PiS - ciała statutowego o funkcji ponadregionalnej, członkiem Naczelnej Rady Politycznej PiS, a do pewnej chwili członkiem Zarządu Głównego i wiceprezesem w Wielkopolsce, a więc bonza.
Odejście funkcyjnego, bez wyrzucania, było dla pana Mister - Jacka Ciechanowskiego nie do przyjęcia. To samowolka. Dlatego - należy założyć - znielubił Janusza Lemanowicza, którego uznał za apostatę. Odstępstwo z PiS musiało skutkować w umyśle Mister - Jacka Ciechanowskiego koniecznością zachowania jakiejś formy kontroli nad buntownikiem. Po upływie pewnego czasu - dwóch lat - dowiedziawszy się o jego uczestnictwie w strukturach Stowarzyszenia Ekologicznego Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej, postanowił przydzielić mu zadania partyjne. To się nie udało. Wtedy pan Mister - Jacek Ciechanowski poszedł na całość. Wgrzebał się w archiwalia, co uwielbia. Przesłuchał nieznaną liczbę ludzi, którzy kiedykolwiek mieli choćby przelotne kontakty z Januszem Lemanowiczem, aby znaleźć na niego haka. To się nie udało tym bardziej, że ów obywatel posiada świadectwo cnoty Instytutu Pamięci Narodowej i zostały mu udostępnione dokumenty. Z tymi dokumentami zapoznał się 6 września 2007 w siedzibie IPN Poznań ul. Rolna 45 a.
Na następnym etapie swojej pracy państwowej i politycznej Mister - Jacek Ciechanowski wszedł we współpracę z różnymi osobami, które z racji swojej aktywności obywatelskiej jako: redaktor naczelny, dziennikarz, szuja, paparazzo, kapuś, politolog, szubrawiec, alfons, mogli być źródłem wiedzy, czy domysłów o tym, co robili, lub, czego nie robili antenaci Janusza, starzy Lemanowicze. Efektem tych przewąchiwań, poszukiwań, przesłuchań ludzi, którzy najczęściej nie znali celów działalności Mister - Jacka Ciechanowskiego, ani żadnych istotnych szczegółów przeszłości rodziny Janusza Lemanowicza, były upiorne teksty kryminalne pisane prozą, lub wierszem, które znieważały bezkarnie na forum publicznym i-pila, ludzi dawno umarłych. Nie będę tu pisał o zasługach tych osób dla kraju, państwa polskiego przed wojną i po wojnie. Wyjdzie to zapewne samo w trakcie opowieści.
Nie wchodząc w rozważania, czy taka działalność - poszukiwanie danych, gromadzenie wiedzy o osobach, wobec których nie toczy się żadne postępowanie - jest zajęciem godnym dla osoby na stanowisku wymagającym podstawowych kwalifikacji moralnych, czy jest dopuszczalne, by osoba określająca siebie jako polityka, zajmowała się pracą właściwą dla buchaltera, klasyfikatora czyichś uczynków i zaniechań, należy stwierdzić: marne są owoce poszukiwań i przewąchiwań, kwerend w teczkach, archiwach absurdu, tym bardziej, że od śmierci tych obywateli upłynęło już od 16, do 43 lat.
Według wiedzy zgromadzonej przez Mister - Jacka Ciechanowskiego i Antymita - Tomasza Ożarowskiego, mój ojciec jest odpowiedzialny za przykrości, jakich doświadczył po wojnie, w którejś połowie lat pięćdziesiątych, ale dokładnie nie wiadomo, kiedy, pan Bolesław Nowicki, ojciec znanych w Pile sławnych obywateli tego miasta: Władysława Nowickiego - proboszcza parafii pod wezwaniem św. Stanisława Kostki i Zdzisława Nowickiego - senatora i dyplomaty RP, zmarłego już niestety. Dla porządku dodam, że w rodzinie tej jest jeszcze troje rodzeństwa: Halina, Wanda i Stanisław.
Kim był Bolesław Nowicki? Urodził się w roku 1915 w Augustowie. Był geografem. Przed wojną, jako nauczyciel z wyższym wykształceniem przechodził obowiązkowe szkolenie wojskowe. Był oficerem rezerwy. Ukończył podchorążówkę w Grodnie w specjalności artylerii moździerzowej. W czasie wojny był żołnierzem Armii Krajowej w tzw. małym sabotażu. Te struktury weszły później do Kedywu. Wojnę zakończył w stopniu kapitana. Był zaangażowany politycznie w ruchu chłopskim - Stronnictwie Ludowym. Po wojnie wstąpił do ZSL. Szczegóły, okoliczności przystąpienia Bolesława Nowickiego do stronnictwa chłopskiego mają kluczowe znaczenie dla całego mojego wywodu. Dramat żołnierzy wyklętych był udziałem Bolesława Nowickiego. Pochodził z Augustowa i tam pracował przed wojną, był znany w środowisku oświaty. Jest oczywiste, że po wojnie każdy chciał wrócić na miejsce, gdzie był zadomowiony, miał rodzinę, krąg znajomych. Podjął pracę nauczyciela - kierownika szkoły na niskim stopniu zorganizowania w miejscowości Wielka Pruszka koło Augustowa. Miejscowość ta nie istnieje już na mapie, jak wiele wchłonięta przez rozbudowujące się miasta. W 1947 roku władze ogłosiły akcję ujawniania się żołnierzy podziemia, połączoną z amnestią, czy abolicją. Bolesław Nowicki postanowił się ujawnić, ale nie zdążył. Został zadenuncjowany przez inspektora oświaty z Augustowa, który znając kwalifikacje kolegi obawiał się o swoje stanowisko. Bolesław Nowicki został aresztowany w miejscu pracy, osadzony w więzieniu w Grajewie i skazany na karę śmierci, zamienioną na 15 lat więzienia z zawieszeniem warunkowym w związku z akcją ujawniania i abolicji. Istnieje wiarygodne przypuszczenie, że Bolesław Nowicki nie zamierzał się ujawnić, ale po aresztowaniu utrzymywał przed śledczymi z bezpieki, że chciał, ale nie zdążył. Otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia z rodziną terenu białostocczyzny i zakaz pojawiania się na tym obszarze. Brak wykwalifikowanych kadr nauczycielskich był przyczyną tego, że Bolesław Nowicki został przesunięty do pracy w oświacie na teren powiatu wałeckiego. W 1947 roku rozpoczął pracę w szkole podstawowej w Skrzatuszu, gdzie pracował jako kierownik szkoły do roku 1950, kiedy to Inspektor Oświaty w Wałczu przeniósł go do szkoły o wyższym stopniu organizacji do Tuczna, a następnie w 1951 roku do Jastrowia, gdzie pracował do śmierci w 1960.
Ludzi czasów wojny, partyzantów, konspiratorów wojskowych dopadały schorzenia stresopochodne i z niedożywienia. Chorował ciężko na gruźlicę, która wykańczała wielu. W latach 40-tych i 50-tych głównym sposobem leczenia było podawanie rimifonu oraz kwasu paraaminosalicylowego (PAS), w końskich dawkach po 50 tabletek dziennie. Leczenie wspomagano klimatoterapią w sanatoriach o klimacie górskim. W czasie pobytu na leczeniu klimatycznym w Zakopanem Bolesław Nowicki zmarł. Jest pochowany w rodzinnym Augustowie.
Co wspólnego z losami Bolesława Nowickiego ma mój ojciec Jan Lemanowicz? W dziele Mister - Jacka Ciechanowskiego i jego druha Antymita - Tomasza Ożarowskiego nazywany jest przeróżnie, ale zawsze z odrazą moralną, negatywnie. Występuje jako potwór komuny, od pokoleń związany z tym ruchem politycznym, jako nadzorca, czy dozorca ludzi złapanych przez Zdzisława Stolzman - Kwaśniewskiego z Białogardu, enkawudzisty i ojca Aleksandra Kwaśniewskiego. Jest w opowieściach tych dwóch panów inwigilatorem, politrukiem sprawdzającym prawomyślność osób poddanych jego dozorowi policyjnemu i ideologicznemu. Jest agitatorem partyjnym, nakłaniającym do wstępowania do partii PZPR i do ZSL. Jest w ich relacjach człowiekiem czynnie zwalczającym żołnierzy Powstania Warszawskiego. Według panów Mister - Jacka Ciechanowskiego i Antymita - Tomasza Ożarowskiego, mój ojciec był w grupie tych, co „…przyszły hieny tu za nami…”, cytuję z forum internetowego i-pila:
„…W Stalinowskiej ciemnej nocy
Z sowieckimi bagnetami
Przyszły hieny tu za nami
Ojciec Olka z ojcem Janka
Ganiał chłopców w Wałcza lasach
Z AK z Win-u i z Powstania
ENKaWuDe rozkazało
I dobijał Olka jary
A pilnował Janka stary…”
A to znaczy, że tu przyszedł później, kiedy oni już tu byli. Można też przyjąć interpretację szeroką, według której Jan Lemanowicz przybył tu jako czujka stalinizmu, czata totalitarnej władzy, żeby nadzorować, czy ktoś się nie wychyla przeciwko porządkowi przyniesionemu na bagnetach azjatyckiej cywilizacji turańskiej. Jest też w pornograficznych, rynsztokowych wypowiedziach śmieciowych czymś w rodzaju siewnika - roztrząsacza komórek rozrodczych, które deponował według wiedzy Jacka Ciechanowskiego w czeluściach Nadieżdy Krupskiej, czy Urbana. Cytuję urywki z forum i-pila:
„…Matka w Królewcu? ojciec w Niemczech? To kto Ciebie spłodził i gdzie? Wiem, tow. Stalin z tow. Krupską i teraz masz szlacheckie pochodzenie, tzn. szlacheckie od szlachtowania czyli czerwone jak krew i jak flaga sowiecka.”
„… ty napewno jesteś owocem zbłąkanego plemnika Goebelsa w k....e Urbana. Spełniasz wszystkie cechy tej krzyżówki: kolor, kształt, smak i eteryczny intelekt co widać, słychać i czuć”.
Tego rodzaju wynurzeń nie da się komentować. Należy tylko stwierdzić, że Pan wiceprezes partii Prawo i Sprawiedliwość w okręgu 38 angażuje cały swój aparat poznawczy: wzrok, smak, słuch, węch, wyobraźnię przestrzenną, poczucie estetyki, braki w wykształceniu podstawowym. Poszedł na całość.
Jan Lemanowicz przybył tu, to znaczy do Wałcza 20 czerwca 1945 roku, a więc w czasie, kiedy Mister - Jacka Ciechanowskiego nie było jeszcze na świecie, a taki na przykład ojciec Antymita - Tomasza Ożarowskiego pojawił się jeszcze później, bo 8 września 1952 roku.
Kto to w ogóle był i skąd się wziął potwór stalinizmu opisany przez Antymita w kryminalnym tekście znieważającym pamięć mojego ojca?
Był to wtedy 22 - letni młodzieniec. Po powrocie z 4 lat robót przymusowych w Prusach Wschodnich znalazł w Wałczu zajęcie, najpierw jako pracownik zaopatrzenia w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym, który miał siedzibę w budynku dzisiejszej szkoły rolniczej przy ulicy Południowej 10a.
Urodził się na wsi mazowieckiej w rodzinie chłopskiej. Było ich dziewięcioro rodzeństwa. Mój dziadek, zamożny chłop, gospodarujący na 2 łanach, doceniał wagę wykształcenia i kształcił swoje dzieci wytrwale. Należał do ludzi hardych i twardych. Był związany z ruchem ludowym i pismem patriotycznym „Zaranie”, które było ideowym i intelektualnym zaczynem do powstania partii chłopskiej PSL „Wyzwolenie”. Nie jest więc tak, jak piszą wytrwali, ale też beznadziejnie niesprawni w tym fachu przewąchiwacze, że Janusz Lemanowicz jest spadkobiercą wielopokoleniowej tradycji komunistycznej. To, że mój dziadek Paweł Lemanowicz nie czapkował proboszczowi z Łęga - Probostwo i nie całował w pierścień, to za mało, by uznać kogoś za komucha.
Dwaj starsi bracia mojego ojca ukończyli seminarium nauczycielskie w Płocku. Nauczali w szkołach polskich II Rzeczypospolitej. Najstarszy - Władysław - ukończył wyższe studia nauczycielskie i objął kierownictwo szkoły średniej w Wilnie, gdzie został radnym tego miasta. Miał też, jak każdy nauczyciel z wyższym wykształceniem, obowiązek odbycia regularnych szkoleń wojskowych. Było to szczególnie pilnie przestrzegane w strefie nadgranicznej. Do wybuchu II wojny światowej był porucznikiem rezerwy w składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii.
Tak, więc Jan Lemanowicz miał wykształconych braci. Kiedy skończył 10 lat został zabrany do Wilna, do brata, który będąc od niego starszym o 20 lat zajmował się jego edukacją. Wybuch wojny zastał mojego ojca w Wilnie, gdzie miał w nowym roku szkolnym kontynuować naukę w liceum. Brat Władysław poszedł na front. Odznaczył się męstwem w bitwie pod Garwolinem i został na polu walki awansowany na rotmistrza, ale dostał też trzy sztychy bagnetem. Zabrany z pobojowiska przez niemieckie służby sanitarne przeszedł kilka zabiegów chirurgicznych w Salzburgu i Linzu, a po ozdrowieniu był przeniesiony do obozu jenieckiego II C w Woldenbergu (Dobiegniew) - numer obozowy 2766. Doczekał oswobodzenia 30 stycznia 1945 roku w okolicach Barlinka, dokąd ewakuowali jeńców wycofujący się Niemcy.
Drugi brat Bolesław - nauczyciel matematyki i sztuki został na początku wojny aresztowany i osadzony w Dachau. Wyszedł z obozu po wyzwoleniu. Z początku pracował w Wałczu w Zarządzie Państwowych Nieruchomości Ziemskich, a następnie wrócił do zawodu. Jako doświadczony nauczyciel przez kilka lat sprawował funkcję dyrektora zasadniczej szkoły zawodowej „Metalówka” w Szczecinie.
Mój ojciec, wtedy 16 - latek, postanowił wrócić z Wilna do rodziny na Mazowsze. Niemcy mieli rozeznanie, kto ma, jakie - takie wykształcenie i tych ludzi izolowali. Zostawili w domu wezwanie do zgłoszenia się do policji. Ojciec się nie zgłosił. Został zatrzymany w listopadzie, lub grudniu i osadzony w więzieniu w Olsztynku (Hochenstein), skąd uciekł w maju 1940. Wrócił do domu. W grudniu został ponownie aresztowany w związku z podejrzeniem, że posiada broń. Przesiedział do czerwca 1941. W lipcu, kiedy już kampania rosyjska rozwinęła się na dobre Niemcom brakowało rąk do pracy. Zabrano go z pola i wywieziono do Królewca, gdzie spędził całą wojnę na robotach przymusowych na kolei. Tam też poznał swoją przyszłą żonę, warszawiankę z dziada pradziada, tak samo świadczącą niewolniczą pracę przymusową po zatrzymaniu jej w Nasielsku w łapance i wywiezieniu do Prus Wschodnich.
Fakt pracy przymusowej moich rodziców w czasie wojny został zweryfikowany przez właściwą komisję Stowarzyszenia osób poszkodowanych przez III Rzeszę Niemiecką w Pile. Posiadali oni za życia legitymacje tego Stowarzyszenia z numerami kolejnymi: 9522, 9523. Według mojej wiedzy, nie występowali o jałmużnę od państwa niemieckiego, a zawsze powiadali, żeby się od nich raz na zawsze odpieprzyli. Dość darmochy dla darmozjadów.
Po oswobodzeniu terenu Prus Wschodnich, w kwietniu 1945 roku, ucieczce Niemców, mój ojciec wraz z żoną i niespełna rocznym synem wracali do rodziny na wsi. Jest oczywiste, że nie mógł być uczestnikiem jakichkolwiek działań zbrojnych w Powstaniu Warszawskim po którejkolwiek stronie. Akurat w tym czasie leżał w szpitalu w Królewcu. W czasie spinania składu zderzaki zmiażdżyły mu dłoń. Insynuacja panów Jacka Ciechanowskiego i Tomasza Ożarowskiego, jakoby mój ojciec uganiał się za żołnierzami powstania, żeby im przywalić jest wyjątkowo podłym kłamstwem, zniewagą w najgorszym stylu. W drodze z robót do domu został ogołocony przez wojsko rosyjskie w czapkach z malinowym otokiem ze wszystkich dokumentów i musiał przesiedzieć jakiś czas w Ostródzie, skąd po otrzymaniu 13 maja przepustki, wrócił do rodzinnej wsi, a 11 czerwca 1945 zameldował się na pobyt stały w gminie Majki Duże na Mazowszu. W tym czasie można powiedzieć był inwalidą z niedowładem prawej ręki wskutek wypadku na kolei. Był też już wtedy początkującym gruźlikiem.
Po dwóch miesiącach pracy w PUR w Wałczu dostał propozycję objęcia szkoły podstawowej w Broczynie powiat Wałcz. Przeszedł kilkutygodniowy kurs nauczycielski i podjął pracę w szkole. Kierował szkołą od sierpnia 1945 do października 1948 roku, po czym dobrowolnie wystąpił ze służby w oświacie. Zainteresował się działalnością spółdzielczą. Zorganizował w Broczynie spółdzielnię zaopatrzenia i zbytu „Snop”, która weszła niebawem w skład odtwarzanych po wojnie, gminnych spółdzielni samopomoc chłopska. Pracując w ruchu spółdzielczym zajmował kolejno funkcje kierownicze w Drawsku Pomorskim, Słupsku, by w roku 1953 ponownie trafić do Wałcza. Był przez rok prezesem PZGS, a od 1954 roku objął funkcję prezesa Społem PSS w Wałczu. Na tym stanowisku pracował do 1976 roku. Przy okazji dokończył edukację, na Uniwersytecie Poznańskim ukończył studia prawnicze z wyróżnieniem. Po reformie administracji, w roku 1976 został mianowany na dyrektora WPHW w Pile. Pracę zakończył w maju 1979 roku wskutek postępującej choroby wynikłej z zaawansowanej gruźlicy, która zabrała ojcu połowę płuca. Jan Lemanowicz zmarł w Pile w 1992 roku.
Po co ja piszę o tych szczegółach? Otóż, niech mi kto znajdzie miejsce, w którym mój ojciec mógł inwigilować Bolesława Nowickiego, też nauczyciela, też gruźlika? Niech Mister - Jacek Ciechanowski do spółki z Antymitem - Tomaszem Ożarowskim zrobią może jakąś mapkę, policzą, jaki dystans dzielił na przykład w roku 1948, mojego ojca pracującego w szkole w Broczynie od Bolesława Nowickiego pracującego w Skrzatuszu. W roku 1950 mieszkaliśmy w Złocieńcu, pan Bolesław Nowicki w Tucznie. To są dystanse: w pierwszym przypadku 43 km, a w drugim 66 km. Przyjąwszy oczywistą prawdę, że stan dróg i rozwój motoryzacji ponad pół wieku temu był dużo skromniejszy, nie wyobrażam sobie, żeby mój ojciec dymał na rowerze do drugiego gruźlika, żeby go sprawdzać w systemie: giorno, dopo giorno. Nie można wykluczyć, że panowie Bolesław Nowicki i Jan Lemanowicz spotykali się na zebraniach, konferencjach kierowników szkół. Były to spotkania wynikające z organizacji pracy szkolnictwa w Polsce po zagładzie wojennej. Mój ojciec nie wspominał, żeby zapamiętał postać swojego kolegi po fachu. Pytany przeze mnie po relacji pani Nowickiej - o czym później - zauważył, że jego brat, jako inspektor oświaty wciąż się wykłócał z aparatem bezpieczeństwa o ludzi, kiedy brakowało fachowej kadry nauczającej, a urząd bezpieczeństwa ciągle miewał zastrzeżenia do bardzo wielu nauczycieli.
Co dalej z tym problemem? Musi być racjonalne wytłumaczenie tego, co popełnili panowie Mister - Jacek Ciechanowski i Antymit - Tomasz Ożarowski. Nie brali chyba danych z sufitu. Niech jakiś szczegół, strzęp informacji, którą można by było dowolnie interpretować! Jak odpryski na ścianie mieszkania, gdzie w stanie wojennym ukrywał się Robak - Jacek Ciechanowski i nie mając nic do roboty liczył, ile ich jest, a później, po wielu latach dorabiał fantastyczne interpretacje? Coś musi być.
Nie bez przyczyny opisałem dość szczegółowo postać Władysława Lemanowicza - starszego brata mojego ojca. Po oswobodzeniu z niewoli, wraz ze swoim współtowarzyszem obozowym Bolesławem Trzeciakiem pojechał najpierw do Torunia, na teren znany jeszcze sprzed wojny. Zgłosili chęć pracy w oświacie i otrzymali zatrudnienie i kwaterę przy ulicy Bydgoskiej róg Konopnickiej. Stare wygi obozowe od razu spostrzegły, że ktoś się czai. Dochodziły wieści, że NKWD wyłapuje i wywozi oficerów. Ludzie znikali. Obaj zwiali do Szczecina, a następnie zaczepili się w Wałczu. Władysław Lemanowicz został inspektorem oświaty, a Bolesław Trzeciak jego zastępcą. 28 kwietnia 1945 roku uruchomili pierwszą szkołę podstawową w Wałczu. Jeszcze wojna trwała. Po trzech, lub czterech latach Bolesław Trzeciak opuścił Wałcz i z rodziną wyjechał do Wrocławia, a potem do Warszawy. Mój stryj, jako doświadczony nauczyciel, organizator szkolnictwa, osoba z talentem organizacyjnym, został jeszcze dodatkowo obarczony funkcją kierownika Państwowego Urzędu Repatriacyjnego - punkt etapowy Wałcz. Instytucja ta, pomyślana jako pomoc dla osadników i repatriantów działała do roku 1951. W tym też roku Władysław Lemanowicz wyprowadził się z Wałcza do Słupska, a następnie do Torunia, gdzie zmarł w grudniu 1965 roku.
W Wałczu związały się życiorysy patriotów: Władysława Lemanowicza, Bolesława Nowickiego i Bolesława Trzeciaka, nauczycieli i oficerów Wojska Polskiego sprzed wojny.
W nieuczciwych donosach Mister - Jacka Ciechanowskiego i jego kolegi partyjnego Antymita - Tomasza Ożarowskiego namalowany jest obraz mojej rodziny - nie wiadomo konkretnie, kogo - jako nędzników, sługusów nowej władzy powojennej, delatorów i nadzorców żywiołu patriotycznego. Nie będę się pastwił nad rodziną Jacka Ciechanowskiego, jego rodzicami, którzy wojnę przesiedzieli sobie na Węgrzech, a więc w państwie jawnie współpracującym z okupantem niemieckim. Niech wypiszcza w swoim życiorysie internetowym i w łżeksiążce „Solidarność pilska w podziemiu 1981 - 1989”, sławę i chwałę swoich protoplastów. Zapytajmy tylko, kiedy pojawili się Ciechanowscy na terenie, który mógłby być objęty opieką inwigilatora z Broczyna czy Złocieńca, a może Słupska? Jak podaje sam Jacek Ciechanowski, marszruta jego rodziców i od pewnego momentu samego Jacka wyglądała tak: 1945 powrót z Węgier do Chorzowa, 1947 Brzeg Dolny, 1949 Wrocław, 1950 Milicz, 1953 Brzozowy Most k. Świecia, 1957 Czarna Woda k. Czerska, 1960 Szczecinek, 1963 Zgorzelec, 1966 Łęg k. Świecia, 1967 Piła. Nie będę dociekał, dlaczego Zygmunt Ciechanowski miotał się po kraju tak, jak to było charakterystyczne dla kadr tajnych służb reżimu? Może był wybitnym specjalistą ciepłownikiem i przenoszono go na wielkie budowy socjalizmu? Przyjmuję rzetelność przekazu Jacka Ciechanowskiego o peregrynacjach rodziny po wojnie, jako relację o faktach, nie podlegającą dyskusji. Nie będę sprawdzał, czy Zygmunt Ciechanowski nie jest przypadkiem ubekiem z Rzeszowa, czy profesorem Politechniki Śląskiej. Niech każdy odpowiada za siebie. A więc pan Jacek Ciechanowski pojawia się w Miliczu, miejscowości leżącej między Wrocławiem a Krotoszynem. Jest 8 listopada 1951. Gdzie przebywa wtedy Jan Lemanowicz z rodziną? Mieszka w Słupsku przy ulicy Konopnickiej 20. Domniemany inwigilator - nadzorca jest w odległości 414 km od Jacka Ciechanowskiego, prześladowanego od kołyski. To wirtualny potwór, który z czasem przeistoczył się w głowie Mister - Jacka Ciechanowskiego w syndrom zagrożenia od Lemanowiczów, od kiedy Janusz Lemanowicz na zebraniu Komitetu PiS w Pile dał wyraz swojemu przekonaniu, że w działalności politycznej istotne jest poszukiwanie tego, co łączy, bo wspólnota wymaga jedności na gruncie podstawowych zasad moralnych, a sama działalność polityczna podlega ocenie moralnej. Myśl tę sformułował po ujawnieniu przez Jacka Ciechanowskiego niecnych rozrób, podkładania tak zwanych świń, jakimi wypełniają swoje polityczne posłannictwo towarzysze partyjni na forum Zarządu Wojewódzkiego wielkopolskiej organizacji PiS. Jacek Ciechanowski pisze w łżeksiążce o czasie, kiedy ukrywał się u mnie w domu: „Skóra mi nieraz cierpła, ale i to trzeba było przeżyć z zimną krwią. Od takich ludzi nie można się było uchronić. Jasnowidzem nikt nie był, a bywało różnie”. Nie mógł się uchronić, biedaczek.
O Ożarowskim nawet nie ma, co wspominać, to żółtodziób.
Obaj panowie poradzili mi w swoich wypowiedziach na portalu i-pila, bym skonfrontował ich wiedzę z ludźmi, którzy są na miejscu, praktycznie, pod ręką i, że oni właśnie posługują się wiedzą uzyskaną bezpośrednio od Nowickich, księdza z Piły i innych krewnych „mieszkających w pobliżu”. Natarczywość tych postulatów zaowocowała w końcu tym, że umówiłem się na rozmowę z osobą, na którą powoływali się Antymit i Mister.
9 lipca 2007 przyjął mnie ksiądz Władysław Nowicki proboszcz parafii św. Stanisława Kostki, syn Bolesława Nowickiego. Po wstępnym naświetleniu celu mojej wizyty ksiądz doktor stwierdził, co następuje: Nie znałem do dzisiaj pańskiego nazwiska i nigdy nie słyszałem. Nigdy nie wydawałem opinii o znajomości, współpracy, czy konfliktach z kimkolwiek z pańskiej rodziny. Jacek Ciechanowski, którego znam od 27 lat i jestem z nim na stopie koleżeńskiej, nie miał ode mnie upoważnienia do wypowiadania opinii o ludziach z przeszłości, a szczególnie o osobach, których ja nie znałem. Mogę panu złożyć w tej sprawie oświadczenie na piśmie.
Świadomie nie podjąłem tematu oświadczenia, bo uważam słowo osoby duchownej za więcej niż słowo honoru.
Jeśli idzie o mojego ojca - dodał Władysław Nowicki - był on związany z ruchem ludowym przed wojną. Po powrocie z odsiadki przystąpił do ZSL.
Była to moja pierwsza rozmowa z osobą, do której się zgłosiłem wskutek inspiracji zewnętrznej. Ale były inne. W początku roku 1984, w związku z działalnością konspiracji stanu postwojennego odwiedziłem Zdzisława Nowickiego w jego mieszkaniu w Pile. W pewnej chwili wyszedł on do drugiego pokoju wezwany przez domownika. Po powrocie zapytał, czy kiedyś mój ojciec pracował w Wałczu w oświacie. Odrzekłem, że tak. Zdzisław Nowicki poprosił mnie i moją żonę, abyśmy przeszli do pokoju, w którym jest jego mama. Ona chce coś przekazać. Zdziwiło mnie to, ale cóż. Przywitałem się ze starszą panią i zamieniłem się w słuch. Pani Nowicka wygłosiła krótką opowieść, której treść sprowadzała się do tego, że dzięki interwencji mojego ojca Bolesław Nowicki został zwolniony z aresztu w Urzędzie Bezpieczeństwa w Wałczu. Zakończyła dość humorystycznie, że dzięki tej akcji mógł z czasem pojawić się na świecie Zdzisław, bo ludzie, którzy dostawali się w tryby maszynerii władzy ludowej znikali często, bez śladu. Sprostowałem, że może chodzić o mojego stryja Władysława, który w tym czasie był inspektorem oświaty w Wałczu. Tak też było, zauważyła pani Nowicka, to był Władysław, którego znała osobiście i on jej pomógł.
Postanowiłem zapytać jeszcze kogoś. 21 lutego bieżącego roku dotarłem do Wandy Kowalskiej - córki państwa Nowickich, która mieszka w Toruniu, jest działaczką nauczycielskiej „Solidarności”. Oto jej relacja: W latach 1947 - 1950 mieszkaliśmy w Skrzatuszu. Tato był kierownikiem szkoły. Był po wyroku, musiał się pilnować. Meldował się na Komendzie, albo w UB. Taki miał warunek po przeniesieniu z Augustowa. Pod koniec roku 1949 chodziłam już do szkoły. W dniach poprzedzających zjednoczenie SL i PSL ojca aresztowano. Pewnego dnia po prostu nie wrócił z Wałcza. Mama pojechała do Urzędu Bezpieczeństwa, by się czegoś dowiedzieć. Powiedzieli jej, że ojca nie ma, na pewno poszukał sobie innej. Sugerowali, że po urodzeniu trójki dzieci spadła jej atrakcyjność. Mama wiedziała, że kłamią. Pobiegła po ratunek do Inspektoratu Oświaty. Przyjaźnili się z inspektorem Władysławem Lemanowiczem, przed wojną może nawet się znali z ćwiczeń wojskowych, albo z działalności politycznej w partiach chłopskich. Pan Władysław Lemanowicz stwierdził, że on nie może interweniować po linii służbowej jako inspektor oświaty. To są sprawy poza jego zasięgiem, bo jest to rzecz polityczna, którą można rozwikłać tylko politycznie. Jedyną możliwość interwencji miałby w stosunku do członków PSL. Mama podchwyciła tę myśl, że trzeba zrobić tak, by Bolesław Nowicki mój ojciec, był członkiem PSL. A więc sama wypełniła deklarację z datą sprzed aresztowania i podpisała się za ojca. Tak wyposażony Władysław Lemanowicz, jako przede wszystkim kolega partyjny i przy okazji inspektor oświaty, poszedł na UB wstawić się za ojca, że zabierają z terenu najlepszych ludowców i nie ma z kim pracować. Ojca wypuścili.
Dodam jeszcze, o czym już wspomniałam, że moi rodzice przyjaźnili się z rodziną Władysława Lemanowicza, znali jego żonę Eugenię, nauczycielkę matematyki i kroju w zawodówce w Wałczu. Uważali go za człowieka szlachetnego. Ja pamiętam, z mojej pracy w oświacie Torunia, że Władysław Lemanowicz był kierownikiem szkoły ćwiczeń. Był bardzo szanowany w toruńskim środowisku pedagogicznym.
Pamiętam też z lat czterdziestych drugiego inspektora pana Bolesława Trzeciaka, u którego mieszkaliśmy przez jakiś czas w Wałczu, w tak zwanym domu nauczycielskim przy ulicy Kościuszki 18, na pokoju. Wiem, że z Władysławem Lemanowiczem łączyła go przyjaźń jeszcze z czasów jenieckich. Ten pan Trzeciak wyjechał w końcówce roku 1949, bo obawiał się ciekawości organów bezpieczeństwa, które od pewnego momentu szczególnie interesowały się jego osobą.
Ten nieznany wątek potwierdziła córka Władysława Lemanowicza, moja kuzynka Hanna. W roku 1948 chodziła do ogólniaka w Wałczu. Koniec lat czterdziestych był czasem wielu eksperymentów nowej władzy. Pragnęła ona zawładnąć wszystkimi aspektami życia obywateli od najmłodszych lat. Wraz z całą klasą, Hanna Lemanowicz odmówiła przystąpienia do „czerwonego harcerstwa”. Klasa została rozwiązana. Dzięki starym znajomościom Bolesława Trzeciaka została przyjęta do szkoły w Toruniu i tam zdała maturę. Pan Trzeciak, według relacji kuzynki, obawiał się ciągle interwencji organów bezpieczeństwa. W Wałczu utrzymywał bliską znajomość z nauczycielem wychowania fizycznego panem Kłoczkowskim, za którym też chodzili różni smutni panowie. Być może dlatego, że nazwisko to wiązało go z postacią kontrowersyjnego komandora - dowódcy ORP „Orzeł” z czasu internowania w Tallinie. Dla zgubienia ogona obaj opuścili Wałcz i wyjechali do Wrocławia.
Prawdą jest, że Bolesław Nowicki musiał się meldować gdzieś w organach bezpieczeństwa. Takie praktyki totalitarystów były w tych czasach na porządku dziennym. Nadzorcą nie był nikt z naszej rodziny Lemanowiczów. Nikt z naszej rodziny nie pracował w organach policji politycznej.
Są to dane uzyskane z analizy dokumentów źródłowych i relacje osób, które uczestniczyły bezpośrednio w ówczesnych zdarzeniach, zinterpretowanych dzisiaj po ciechanowskiemu na forum pilskim. Oprócz wniosków wynikających z dokumentów i relacji, których autentyczności nie można podważyć, a które zadają kłam dezinformacjom Mister - Jacka Ciechanowskiego i Antymit - Tomasza Ożarowskiego są inne zdarzenia jednostkowe, które same w sobie zdają się nic nie znaczyć, ale po umieszczeniu ich w konkretnym czasie i realiach politycznych dają podstawę do wnioskowania o sytuacji osoby, jej postawy w tym czasie. Podam trzy przykłady:
W moim domu rodzinnym w Wałczu w czasie, kiedy chodziłem do ogólniaka, odnalazłem przypadkiem - grzebiąc w starych książkach - kartkę papieru. Była to niezwykła kartka - pokwitowanie z zimy początku roku 1946. Pisane ołówkiem kopiowym, zaopatrzone w datę, pieczęć wojskową z orłem w koronie oraz podpis dowódcy oddziału Wojska Polskiego „Leśny Ogień” stwierdzało fakt zarekwirowania żywności dla wojska w ilości dwa worki ziemniaków i jeden worek cebuli. Była tam też jakaś formuła prawna o legalności działania wojskowego i stwierdzająca, że ten dokument może służyć do uzyskania rekompensaty od władz państwowych w przyszłości. Mój ojciec, kiedy zapytałem go o ten dokument przypomniał sobie: rzeczywiście, w Broczynie zapukali do okna w nocy jacyś ludzie z bronią i kazali otworzyć. Byli w mundurach wojska polskiego, oświadczyli, że potrzebują żywności w związku z działaniami wojennymi. Zabrali połowę naszych zasobów, które otrzymaliśmy od gminy na wyżywienie. Zaopatrzenie kadry szkolnej w podstawowe środki utrzymania było obowiązkiem władz gminy w tym czasie. Obejmując szkołę w sierpniu 1945 roku nie miałem nic. Według prawa miałem bezwzględny obowiązek niezwłocznego doniesienia o pojawieniu się oddziału wojska z lasu, ale się obawiałem przesłuchań, ciągania na posterunki polskie i rosyjskie. Dlatego schowałem tę kartkę między strony jakiejś książki, dla świętego spokoju. Daliśmy radę i bez tych ziemniaków. Ludzie ze wsi pomogli.
W skład posesji domu w Wałczu przy ulicy Parkowej 10, gdzie mieszkałem, wchodził wolnostojący budynek gospodarczy użytkowany wspólnie przez trzech lokatorów. Na strychu tej szopki pewnego dnia w wakacje roku 1955, chodząc boso po polepie wypełniającej strop - podłogę natrafiłem na coś twardego, co okazało się być karabinem. Broń ta była zakonserwowana i widać, że dawno. Mój ojciec natychmiast pobiegł na Komendę Milicji, żeby jak najszybciej pozbyć się tego przedmiotu, z którym my dzieciaki podwórkowe od razu prowadziliśmy eksperymenty i ćwiczenia.
Na początku wakacji 1956 roku zostałem umyślnie postrzelony z wiatrówki przez osobę, która zrobiła sobie strzelanie do wróbli bytujących w zarośniętej winobluszczem fasadzie budynku szkoły rolniczej w Wałczu, a ja sprzeciwiłem się temu mordowaniu. Dostałem w szpitalu zastrzyk przeciw tężcowi. Nikt mnie nie przesłuchał, nie prowadzono żadnych czynności w związku z użyciem broni, choćby pneumatycznej, wobec dzieciaka. Mój ojciec nie składał doniesień, czy wniosków o ściganie tego osobnika, tylko się zamartwiał, czy rana nie ulegnie zakażeniu i czy nie wyjęty z ciała pocisk wpłynie w przyszłości negatywnie na moje zdrowie.
Czy można przyjąć, że zachowanie się mojego ojca w tych przypadkach było właściwe ze względu na inkryminowaną mu przez Jacka Ciechanowskiego i Tomasza Ożarowskiego przynależność do klasy kapusiów, nadzorców reżimowych? Obawiał się aparatu spraw wewnętrznych, dlatego unikał kontaktów z nim, nawet ze szkodą dla własnych praw, mimo, że był działaczem partyjnym PZPR jeszcze od czasów PPS. Wkrótce zresztą okazało się, że miał rację. Wydarzenia poznańskie i przełom październikowy ukazały, jak daleko wyalienowały się organy bezpieczeństwa pod wodzą Bermana, Goldberga. Miał w partii grupę zagorzałych zwolenników, a z drugiej strony, zapiekłych nienawistników. Wybierany przez wiele kadencji do składu komitetu powiatowego swoimi rozsądnymi przemówieniami wywoływał entuzjazm na sali, a przy stole prezydialnym zamieszanie i komentarze, że najlepiej by było wywalić go z partii.
Na tym tle przypomnę sprawę zatrudnienia Jacka Ciechanowskiego w salonie gier w Pile 1987 roku. Jest analogiczna sytuacja. W obliczu możliwej konfrontacji z totalitarną władzą zawsze trzeba mieć papier urzędowy. Papier z pieczątką, to najlepsza podpora, nie zawodzi. W najgorszym razie można zgonić na urzędnika. Dlatego przed zatrudnieniem Jacka Ciechanowskiego w swojej firmie uzyskałem dla niego skierowanie do pracy z Wydziału Zatrudnienia UM w Pile, na wszelki wypadek, gdyby przyszło do głowy władzy ludowej wpływać na pracodawcę, by wykopał z pracy nielubianą przez ustrój osobę.
Przyjrzyjmy się na dwóch przykładach, jak Jacek Ciechanowski konstruuje swoje kryminałki. To modus operandi tego mentalnego tajniaka:
Będąc poszukiwanym, w okresie pierwszych miesięcy stanu wojennego ukrywał się w moim mieszkaniu. Był to wtedy budynek dość nowy. O tej nowości świadczyły widoczne na ścianach i suficie wybrzuszenia i odpryski tynku, typowe dla pośpiesznego budownictwa socjalistycznego. Jacek Ciechanowski, ówcześnie posługujący się dwoma pseudonimami: Karol, Robak, przesiadując w moim mieszkaniu zliczał te wady budowlane. Może to być przykład nerwicy natręctw, przypadłości, która zmusza do ciągłego zliczania, klasyfikowania zbiorów różnych rzeczy. Po upływie ćwierci wieku ten obywatel, już jako CiJa, Mister internetowy, interpretuje obecność tych odprysków jako przejaw szaleństw pewnej pani, która według współczesnych poglądów Jacka Ciechanowskiego dokonywała wandalskich aktów destrukcji ścian taboretem. Wzmacnia tym samym pogląd wyrażony w łżeksiążce „Solidarność pilska w podziemiu 1981 – 1989”, gdzie przypisuje właścicielom mieszkania takie przymioty, jak pijaństwo, bimbrownictwo. Dodając impresję, że nie dało rady „uchronić się od takich ludzi” wystawia im świadectwo małostkowości, prymitywizmu, brutalności zachowań.
Opisując przypadek Bolesława Nowickiego i jego zmagań z bezpieką, zapewne dowiedział się od kogoś o pojedynczych faktach, mógł wiedzieć o tym, że inspektor Lemanowicz zasugerował żonie, czy może tylko analizował możliwości swojego wpływu na los zatrzymanego, przez przedstawienie go bezpiece, jako członka PSL, co w czasie trwającego procesu fuzji - wprawdzie niesuwerennego ruchu ludowego - miało znaczenie o tyle, że unikano wtedy zadrażnień na linii PZPR - PSL, SL. Polityk musi zdawać sobie sprawę z takich procesów, które we współczesnej polityce mają analogię: PiS - LPR, Samoobrona. We współczesnej interpretacji Jacka Ciechanowskiego, podjęta przez żonę aresztowanego Bolesława Nowickiego akcja sfałszowania ankiety i antydatowania, dla stworzenia pozoru wcześniejszego przystąpienia do stronnictwa, stała się kanwą do zbudowania opowieści, jakoby mój ojciec, nawet nie stryj, zmuszał kolegę nauczyciela do aktywności politycznej, jakoby go nagabywał do wstąpienia do PZPR, ZSL, inwigilował go gdzieś wśród pól i zagajników Skrzatusza. Mister - Jacek Ciechanowski umieszcza akcję w połowie lat pięćdziesiątych, co dodatkowo dyskwalifikuje go jako osobę poszukującą prawdy. Władysław Lemanowicz od roku 1951 mieszkał w Słupsku i już do Wałcza nie zawitał jako osoba wpływowa, specjalista od oświaty narodu, a tylko jako brat mojego ojca i mój stryj, bywał gościem w naszym domu.
W ostatnich podrygach na forum i-pila Mister - Jacek Ciechanowski złożył jeszcze jeden donos: należy uczulić odpowiednie organy na to, że Janusz Lemanowicz ma kontakty z osobami zza wschodniej granicy. A co z samym Jackiem Ciechanowskim? Jego żona jest zza wschodniej granicy. Niech się zastanowi nad sytuacją swoją i swoich najbliższych. Istnieje daleko idąca analogia pomiędzy sytuacją żony Jacka Ciechanowskiego a osobą, córką moich przyjaciół Polaków ze wschodu, która studiowała w Polsce i mieszkała w moim domu. Obie urodziły się w Uzbekistanie. Ta młoda dziewczyna, która mieszkała i studiowała w Pile otrzymała obywatelstwo polskie na podstawie uznania jej prawa do repatriacji. To nie zdarza się już dzisiaj często. Takie same papiery ma Jagienka Horyd - Ciechanowska, a na dodatek ma jeszcze status Sybiraka obłożny pewnymi przywilejami. Może godną laurów jest tylko sytuacja obywatelki sybiraczki, która na fali odwilży październikowej lat 1956 - 57 jako dziecko wróciła do Polski z rodzicami - zesłańcami? Nie jest to ujma. Ludzie przesiedlają się do kraju, skąd ich ród i to ich prawo.
Możemy jeszcze zapytać, czy czymś haniebnym była praca w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym, który w latach 1945 - 51 zajmował się ułatwianiem repatriantom zainstalowania się w nowym miejscu, uznawaniem prawa do polskiego obywatelstwa, organizowaniem na nowo polskiego życia narodowego w innych warunkach terytorialnych, przejmowaniem w polskie posiadanie ziem, po których buszowała również rodzina Ciechanowskich w pierwszym dwudziestoleciu powojennym?
Jeżeli pan Mister - Jacek Ciechanowski pojmuje swoje posłannictwo tak, jak to wynika z jego niedawnej aktywności na portalu i-pila, to ja mogę sobie tylko pogratulować, że ponad pięć lat temu opuściłem partię Prawo i Sprawiedliwość i zakończyłem znajomość z Honorowym Hakowym PRL. Godna pożałowania aktywność Jacka Ciechanowskiego w polityce, szczególnie w partii przyznającej się do bliskich związków z chrześcijaństwem, według mojego przekonania przynosi jej same szkody. Posługując się metodami czerezwyczajki, pan Jacek Ciechanowski uzurpuje sobie prawo do wglądu w miejsca, które nie mogą być obiektem szperania przez osoby postronne. Szczególnie haniebnym postępkiem współczesnego Jacka Ciechanowskiego jest wykorzystywanie wiedzy o ludziach, jaką uzyskał w czasie, kiedy ukrywał się przed służbami specjalnymi stanu wojennego. Jasne jest, że osoby udzielające schronienia musiały być nastawione pozytywnie do konspiratora. Dlatego tym bardziej ohydne, wiarołomne jest wywlekanie dowolnie wybranych szczegółów z ówczesnego życia użyczających gościny i robienie publicznej hecy z kompozycji pozlepianych strzępów różnych klas zdarzeń z różnych czasów. W misji kontrolera - czekisty bada cudze życiorysy, sięgając w swoich zapędach hakowniczych kilku pokoleń wstecz, a jak by tego było mało, analizuje postępy i umiejscowienie dzieci obrabianych medialnie dawnych sojuszników. Nie zważając na istnienie rzymskiej zasady: odpowiada, kto uczynił; ocenia cudze życiorysy w perspektywie wielu pokoleń. To są nawyki bolszewickie. Przykład, jeden z wielu na forum i-pila. Mister - Jacek Ciechanowski napisał o ludziach, których nie lubi:
” Prasek to taki sterowany lump polityczny. Zbankrutował na handlu damskimi majtkami więc przykleił sie do prawicy z ojcem z LWP. Nie chcieli go na listach PiS, PO i Porozumienia Samorządowego, więc kandydował z listy dinozaurów lewicy - Przyjazny Powiat. Należy do "komanda" synalków czerwonej wojskowej nomenklatury (Gadzinowski, Usidus, Prasek, Poszwa itd.), która z razem z WSI i SB rozbija prawicę i walczy o władzę nad Piłą”.
Wszyscy są źli i umoczeni: Janusz Lemanowicz - komuch syn komucha; Piotr Gadzinowski - szuja syn oficera; Sławomir Poszwa - karierowicz syn wojskowego; Mariusz Prasek - lump syn żołnierza; Marek Usidus - synalek czerwonej lewicy wojskowej; Marian Madej - podejrzany z listy Wildsteina; Grzegorz Piechowiak - kombinator niewiadomego pochodzenia; Jacek Buszkiewicz - niemoralny malwersant, itd. Tylko Jacek Ciechanowski jest czysty, jak woda destylowana i tylko on może się ubiegać o władzę nad Piłą. Oczywiście nie można mówić o hochsztaplerce kredytowej i skazaniu za przestępstwo umyślne, bo już nie figuruje w Krajowym Rejestrze Skazanych. To wszystko nie przeszkadzało, by później kandydować z Grzegorzem Piechowiakiem ze wspólnej listy PiS. Płynne wyjątkowo kryteria.
Zastanawia mnie jeszcze tylko, co kierowało Mister - Jackiem Ciechanowskim i jego uczniem w polityce Antymitem - Tomaszem Ożarowskim, który, dodajmy dla porządku, występował na forum portalu i-pila również jako Fununited, by z zajadłością konstruować i publikować takie niedorzeczności? Jaki mechanizm poruszał wolę, skłaniał do wysiłku mikre zasoby inteligencji tych dwóch ludzi, a może i cały zespół Zbiorowego Autora, do aktywności w poszukiwaniu czegoś, czego nie ma? Dla realizacji jakich wartości, ten zespół przez dwa lata z okładem trudził się, by znieważać osobę stojącą zupełnie na uboczu, nie zagrażającą w pochodzie do coraz to nowych funkcji w aparacie nowej nomenklatury wewnętrznej partii w PiS? A należało tylko przeprosić panią od zupy pomidorowej. Tymczasem Mister – Jacek Ciechanowski na forum i-pila inicjuje polemikę taką oto wypowiedzią: „Mister”:
jeżeli to jest prawda co "ludzie mówią", to ten pełnomocnik PiS jest bez honoru, ostatni cham i sprzedawczyk Judasz co handluje ludzkim losem za śmierdzące srebrniki. Świnią go nazwać nie mogę, bo obrażę świnie. Zainteresowanym radzę sprawdzić czy ta para i ta reszta, to "przypadkiem" nie są komunistyczni prowokatorzy, bo to tak po stalinowsku wygląda. Ale to chyba jest niemożliwe.
Taki wizerunek wystawia pan Jacek Ciechanowski byłemu członkowi PiS, który pełnił funkcję pełnomocnika powiatowego, a wcześniej był członkiem kierowniczych gremiów Porozumienia Centrum jako członek Krajowej Komisji Rewizyjnej. W tym pierwszym wystąpieniu zaczepia członków mojej rodziny, co jest dopiero zapowiedzią tego, co będzie się działo później.
Ponury czas instalowania nowego porządku powojennego w zawojowanym kraju, manipulowania, niszczenia ludzi, podglądactwa i podsłuchiwania, przesłuchiwania, przewąchiwania, konwejera, ciągłej czujności rewolucyjnej, szpiegomanii i podpuchy, którego obraz wyłania się z tej relacji, wydaje mi się być czasem najbardziej mentalnie odpowiadającym osobowości Mister - Jacka Ciechanowskiego. Według mojego przekonania wynikającego z długoletniej znajomości i niegdysiejszej współpracy, Jacek Ciechanowski nie trafił w swój czas, spóźnił się z urodzeniem o 30 lat. Gdyby mu się udało, on byłby tym, kto wyrywa paznokcie, każe siedzieć na nodze od taboretu, on pewnie by zdejmował krzyże z miejsc publicznych, a może i prywatnych, to on może by siedział obok Stefana Michnika i podnosił rękę za karą śmierci. Dla bycia przy władzy, dla władzy. Tacy ludzie są niebezpieczni dla cywilizacji: samolubni, nieodpowiedzialni, z deficytem elementu kontroli nad własnym postępowaniem, rozumem i instynktami. Dlatego jego obecność w kierowniczych gremiach partyjnych, na szczeblu okręgu, czy gdzie indziej, to katastrofa organizacyjna i polityczna, to właśnie PiS bez PiSu.

Dla zilustrowania głębi niechęci do Janusza Lemanowicza i jego rodziny zamieszczam na koniec trzy z wielu dzieł tych obywateli. Ilustrują one stan emocji tak potężnych i trwałych, że doprowadziły ich do wielkiego wysiłku intelektualnego, który objawił się oryginalną twórczością zbliżoną do rymów częstochowskich. Krytykę niektórych z tych rzeczy przeprowadziłem na stronach internetowych portalu i-pila.

Który jest Janusz prawdziwy

Z PZPR-owskiej ojcowizny
Czy z podziemia, czy z szmateksu
Z PC partii, czy z „salonów” Borowskiego
No i Jolki – żony Olka Kwaśniewskiego
Później Buzka – Krzaklewskiego
W końcu i Szenfeldem gwarzy
O zniszczeniu Henia rancza
I udaje Soncho Pancha
I z kłamczuchem od lustracji
Też mu się pokłamać zdarzy
Morał z tego idzie krótki
Lizusostwo bywa „cudne”
Judaszowskie i obłudne
Zwykle jednak nieprzyjemne
Jeśli liże się aż tylu
Tę część ciała co się mieści
Z tyłu
CiJa (Jacek Ciechanowski )

Typ spod czerwonej gwiazdy
czyli: Ballada o Januszku L.
Część I
W Stalinowskiej ciemnej nocy
Z sowieckimi bagnetami
Przyszły hieny tu za nami
Ojciec Olka z ojcem Janka
Ganiał chłopców w Wałcza lasach
Z AK z Win-u i z Powstania
ENKaWuDe rozkazało
I dobijał Olka jary
A pilnował Janka stary
Dziś 50 lat przesłania
Niejednego z UB drania
W tych klimatach wychowany
Wchłaniał Janek stalinizmy
To z komuszej ojcowizny
To już z własnej marks kariery
Lewych elyt miasta Wałcza
Jak kto woli syf zgnilizny
PyZyPyRy sekretarza
UB synka i przechery

Antymit – Tomasz Ożarowski
(talentu, jak widać starczyło tylko na część I).

Ogr i Ogrzyca
(na melodię "Chłop żywemu nie przepuści")

Genetyczne obciążenia
Powodują zjawisk kilka
I koszerne przekonania
I odwagę nie od wilka

Nie potrafi zdzierżyć w niczym
Więc obrzuca ludzi błotem
Wysługując się kolesiom
Za nie srebrne polskie złote

Rynsztokową wytwórczością
Świni wszystkim i gdzie może
Egzaltując się mrocznością
Swych kloackich dzieł humorze

W tejże sztuce wnet prześcignie
Urbanowskie arcydzieła
A czy skończy tego nie wiem
Bo nienawiść go pożera

Wciąż więc pisze pod dyktando
Belzebuba lub Rokity
Wyjąc cienkie murmurando
Pod kopytem swej kobity

Tej kobity co w chałupie
Na wsiech ścianach wiszą prącie
A do służby zaciągnęła
Nawet miotłę co jest w kącie

Ona każe to on musi
Wiersze pisać z piekła rodem
Wszystko dla swojej żonusi
Która śmierdzi piekła smrodem

Kto to taki obskurancki?
W łeb walnięty Obuchowicz?
Nie! To prostak, cham i świnia!
Co się zowie Lemanowicz.

Antymit - Tomasz Ożarowski

Janusz Lemanowicz – były pełnomocnik powiatowy partii Prawo i Sprawiedliwość w Pile roku 2002.